Deglomeracja, w różnych postaciach, znalazła się w ostatnich latach w programach wyborczych niemal wszystkich partii politycznych. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał powrotu do 49 województw, Prawo i Sprawiedliwość co rusz chce utworzenia siedemnastego, a być może nawet osiemnastego województwa. Raz po raz powraca w debacie politycznej temat przenoszenia siedzib urzędów z Warszawy do innych miast po to, by zadbać o równomierny rozwój i zniwelowanie podziału pomiędzy tzw. Polskę A i Polskę B.

Za kilka dni zostanie ogłoszony kolejny plan. „Deglomerować” Polskę chce wicepremier Jarosław Gowin. Czy to dobry pomysł? Co miasta zyskałyby na pozyskaniu państwowych urzędów? Co straciliby sami urzędnicy? I jak przeprowadzić deglomerację, by miała ona ręce i nogi?

>>> Czytaj też: Miasta, które „pękają w szwach”. Oto najbardziej zaludnione aglomeracje świata

Teoria

Chociaż o deglomeracji mówiono już wiele lat temu, realna debata publiczna na jej temat zaczęła się u nas w 2011 r. Wówczas Kongres Ruchów Miejskich w tzw. tezach miejskich wskazał, że „lokalizowanie instytucji krajowych w różnych miastach sprzyja rozwojowi całego kraju”. Aktywiści wskazywali na Niemcy. Mówili, że tam nawet ministerstwa znajdują się poza stolicą. Nasi politycy chętnie podchwycili pomysł. Ograniczyli się jednak wyłącznie do wskazania siedziby Polskiej Agencji Kosmicznej, którą ulokowano w Gdańsku.

– Dobrze przeprowadzona deglomeracja to ciekawy pomysł na rozwój państwa. Ale zarazem zrobienie jej w rok, pod polityczne zapotrzebowanie, byłoby rozwiązaniem fatalnym – mówi dr Tomasz Kasprowicz, adiunkt w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej i redaktor ekonomiczny „Res Publica”.

O potrzebie deglomeracji od dawna przekonuje Klub Jagielloński. W połowie ubiegłego roku, na podstawie badań przeprowadzanych przez prof. Przemysława Śleszyńskiego, sformułował on „46 tez o rozwoju solidarnym terytorialnie”. Kwestia kluczowa: pięć województw – lubelskie, mazowieckie, podlaskie, warmińsko-mazurskie i zachodniopomorskie – skupia około dwie trzecie gmin problemowych. „W Polsce poziom zróżnicowania regionalnego zaczął osiągać niebezpieczne rozmiary, zagrażające długookresowemu rozwojowi kraju. Uaktywniły się bowiem obszary peryferyjne, których przyszłość jest zagrożona z powodu depopulacji i obniżania się poziomu dochodów. Problem ten dotyczy zwłaszcza Suwalszczyzny, znacznych części Podlasia, Warmii i Mazur, Roztocza oraz Pomorza Środkowego. Zagrożony jest byt takich miast jak Łomża, Ostrołęka, Suwałki czy Zamość” – czytamy w opracowaniu.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dzienniku Gazecie Prawnej i na e-DGP