Jako dzieciak fascynowałem się wszelkiej maści filmami, książkami i albumami o zwierzętach. Do tego stopnia, że pewnej niedzieli podczas rodzinnego obiadu oświadczyłem, że ożenię się z Krystyną Czubówną. To, że wyjedziemy do Tanzanii, by wspinać się na baobaby, karmić małe gazele, jeździć na grzbietach słoni i kąpać się razem z flamingami w Jeziorze Wiktorii, już przemilczałem. I – wnioskując z podsłuchanych rozmów moich rodziców – uratowało mnie to przed lądowaniem w męskim liceum z internatem w Niepokalanowie.

Żeby było jasne – z biologii zawsze miałem tróję. A to dlatego, że na niej uczono nudnych i kompletnie nieprzydatnych w życiu rzeczy. Powiedzcie szczerze, czy chociaż raz w ciągu ostatnich 20 lat wykorzystaliście wiedzę o sporoficie i gametoficie? Pamiętacie, czym jest miękisz asymilacyjny? Albo umiecie rozróżnić tkanki stałe od twórczych? Jeśli tak, to zapewne teraz siedzicie w jakimś sterylnym laboratorium i próbujecie wynaleźć świecące w ciemności sznurówki, ewentualnie nową generację suplementu rozpalającego konary. Ale jeśli jesteście normalni, to z biologii pamiętacie co najwyżej kolor biustonosza, jaki nosiła nauczycielka. To wszystko.

>>> Czytaj też: Czarne chmury nad Detroit. Kierowcy porzucili sedany, nadchodzi kolejny kryzys w branży motoryzacyjnej

Z książek, które czytałem, i filmów, które oglądałem, nauczyłem się znacznie więcej. Na przykład, że najłatwiej w życiu mają zwierzęta silne albo szybkie, choć nigdy jedno i drugie nie idzie ze sobą w parze. Słoń jest kiepskim sprinterem, za to ma niebywale mocną trąbę (podniesie nią nawet 350 kg) i słabą głowę – kiedyś stado indyjskiej odmiany tego gatunku wypiło 500 litrów wina owocowego i po pijaku zdemolowało wioskę Dumurkota oraz zniszczyło pobliskie pola. Z kolei gepard jest uosobieniem spokoju, nie pije, ale też nie bije się najlepiej – pokonać go może hiena czy szakal. Za to nie ma sobie równych jeżeli chodzi o szybkość i zwinność – do 100 km/h przyspiesza szybciej niż bugatti chiron i przy takiej prędkości zawraca niemal w miejscu. Dotychczasowe badania potwierdzają, że już w momencie pierwszego odepchnięcia się od ziemi ma „na liczniku” 50 km/h, a trzy susy i trzy sekundy wystarczą mu, aby dobić do 115 km/h. Nieprawdopodobne i fascynujące. Dlaczego zatem nie uczą tego na biologii? Nie wiem.

Wiem natomiast, że człowiek od lat próbuje udowodnić, że da się pożenić geparda ze słoniem. Czyli połączyć siłę i gabaryty ze zwinnością i prędkością. Dowody? Proszę bardzo: Audi RS6, BMW M5, Mercedes S63 AMG, Porsche Panamera, Range Rover Sport SVR, Jeep Grand Cherokee SRT itp. Wszystkie są wielkie i ciężkie, ale też mocarne i szybkie. Schody zaczynają się, gdy trzeba porozmawiać o zwinności. Zawsze, gdy jeżdżę tego typu samochodem, odnoszę wrażenie, że prowadzę nosorożca, któremu dosztukowano pocisk Tomahawk. Owszem, jest obezwładniająco szybki, ale brakuje mu lekkości, zwrotności i polotu. Mam kontakt z milionem jego koni, ale nie mam żadnego z tym, co dzieje się z kołami na asfalcie – bo jestem od tego odizolowany tonami blachy, hektarami skóry, kilometrami kabli i gigahercami procesorów. W następstwie tego nie daje mi takiej frajdy z jazdy, jakiej oczekiwałbym od wozu za 500, 600 czy 900 tys. zł. To po prostu kupa mięsa nafaszerowana anabolikami. Dlatego uważam, że jeżeli za kierownicą zależy nam na czystych emocjach, lepiej kupić coś znacznie słabszego i tańszego, ale też lekkiego i zwinnego. Co dokładnie?

Lista jest dość krótka, bo dziś wszyscy stawiają na dodatkowe konie, a niechętnie zrzucają zbędne kilogramy. To trochę tak, jakbyście chodzili na siłownię tylko po to, by móc tyć jeszcze bardziej. „Dziś udało mi się poderwać 50-kilową sztangę 2 cm nad podłogę, więc mogę na kolację wciągnąć opakowanie pyz ze skwarkami”. Przykro mi, ale tak to nie działa. I niektórzy producenci samochodów już to zrozumieli. Wypuścili na rynek modele na diecie, które mają zapewnić wam uśmiech na twarzy. Wręcz fenomenalnie robi to nowe Alpine, reaktywowane przez Renault. Dzięki niskiej masie (tylko 1100 kg), silnikowi umieszczonemu z tyłu i rewelacyjnie zestrojonemu zawieszeniu, jazda nim jest ekscytująca jak wcieranie olejku do opalania w plecy Olivii Wilde. Niestety, kosztuje 230–250 tys. zł, a ja uważam, że można się dobrze bawić, wydając znacznie mniej. Na przykład 100 tys. zł na mazdę MX-5 ze 184-konnym benzyniakiem, która zamiata tyłem chętniej niż labrador ogonem, gdy po tygodniu rozłąki jego pan staje w progu domu. W dodatku jest roadsterem. To genialny wóz, gdy myślicie o życiu w kategoriach: „Jest mi obojętne, czy zginę teraz i tutaj, na tym zakręcie, ale muszę przejechać go szybciej!”. Niestety, ma też jedną, za to dużą wadę: każdy, kto ma więcej niż 35 lat, wygląda w nim jak kibic Legii na trybunie Cracovii. Po prostu nie na miejscu.

Na placu boju zostaje nowe Suzuki Swift Sport za 80 tys. zł. W tej cenie dostajecie kompletnie wyposażone auto, które na pokładzie ma nawet różne nowoczesne systemy dbające o to, byście nie zjechali niechcący na sąsiedni pas ruchu albo nie zaparkowali w czyimś zadku. Są też elektryczne szyby i lusterka, automatyczna klimatyzacja oraz system multimedialny, który pochodzi z epoki, w której ogrzewaliśmy nasze domy, spalając w piecach czarownice. Producent nazywa go „interaktywnym”, ale to tak, jakby powiedzieć o introwertyku, że jest wylewny. A, byłbym zapomniał, jest też ogrzewanie foteli. Ale bez regulacji natężenia, więc gdy je włączycie, to po paru minutach poczujecie się, jakbyście siedzieli na piecu kuchennym. Same fotele są zaś sportowe, co w języku Suzuki oznacza „jeżeli masz choćby 100 gramów nadwagi, to tak boleśnie wbijemy ci się pod żebra, że nasze szwy odbiją ci się na nerkach”. Drzwi wykończono czymś z w rodzaju tektury połączonej z firanką, a cała deska rozdzielcza jest zrobiona z tandetnych materiałów. Pozostaje jeszcze kwestia systemu audio – to pierwsze auto, w którym basy musiałem ustawić na -10, czyli w praktyce całkowicie je wyeliminować. Bo gdy tylko w muzyce pojawiały się niższe dźwięki, boczki w drzwiach zaczynały wydawać z siebie odgłosy sugerujące, że chcą oderwać się od reszty nadwozia.

Mówiąc krótko: pod względem jakości wykonania, designu, materiałów, aranżacji wnętrza, wygody itp. Swift Sport gra w drugiej lidze, podczas gdy jego konkurenci już zdążyli wygodnie rozsiąść się w ekstraklasie. Ale wierzcie mi – jeżeli w waszym układzie krwionośnym krąży choć parę kropelek benzyny, to będziecie nim zachwyceni. Przede wszystkim dlatego, że jest niesamowicie lekki – zaledwie 970 kg. Nie macie punktu odniesienia? No to trzymajcie się krzeseł: Polo GTI jest od niego cięższe o 280 kg. Suzuki waży tyle, co kaczy puch! A to bezpośrednio przekłada się na to, jak jeździ. 140 koni przy takiej masie potrafią cuda – 8,1 s do setki kompletnie nic w tym wypadku wam nie powie, bo trzeba samemu poczuć, jak ten samochód ochoczo nabiera prędkości, jak jest zwarty, jak lubi, gdy traktuje się go brutalnie i wyciska jak cytrynę. A przede wszystkim – jak lekki jest w prowadzeniu, jak niezauważalnie przenosi masy przy nagłej zmianie kierunku, jak prowokuje do kręcenia kierownicą. Tutaj każdy zakręt wywołuje uśmiech, a każda zmiana biegu jest jak zastrzyk adrenaliny.

Do głowy przychodzi mi tylko jedno stworzenie, z którym mógłbym go porównać – koliber. Te najmniejsze ptaki na świecie potrafią machać skrzydłami 90 razy na minutę, ich serca uderzają w tym czasie nawet 1200 razy, a tor lotu zmieniają szybciej niż ważka i latają 120 km/h. To jedne z najbardziej wyjątkowych i fascynujących stworzeń. A Swift Sport jest ich odpowiednikiem w świecie motoryzacji. I teraz rozumiem, dlaczego zrobiono go z papieru i plastiku z przetopionych kubków po jogurcie. To pozbawiło go jakości i wygody, za to sprawiło, że zyskał niepowtarzalny charakter. A to coś, czego brakuje większości współczesnych wozów.

>>> Czytaj też: Robo-taxi, felgi do Tesli i system antydronowy. Oto czarne konie polskiej motorewolucji