Był sobie pastuszek, głosi znana bajka ezopowa, któremu się nudziło, pobiegł więc do wioski, krzycząc: ”Wilk pożera moje stado!„. Mieszkańcy rzucili się mu na pomoc, ale że żadnego wilka nie było, to się zezłościli i wrócili do domów. Jeszcze kilka razy zabawił się tak pastuszek kosztem uczynnej wspólnoty… No i kiedy wilk naprawdę zaczął pożerać stado pastuszka, na jego krzyki nie zareagował nikt. Wilk więc zżarł nie tylko owce, ale na dokładkę i jego samego.

Pastuszek dokonał dewaluacji emocjonalnej treści ważnego pojęcia (wilk) i sam się na tym przejechał. Tymczasem debata publiczna w Polsce polega w ostatnich latach przede wszystkim na alokacji mocnych epitetów. Nie jest najgorzej, gdy strony krzyczą, że inni to idioci bądź synowie kurtyzany. Pół biedy, kiedy wyzywają się od oderwanych elit bądź populistów; propagatorów rozdawnictwa lub neoliberałów; protekcjonistów bądź globalistów, choć te określenia, niegdyś niosące realną polityczną treść, w miarę jak rzeczywistość się komplikuje, powoli stają się tylko sygnałami wskazującymi właściwy kierunek nienawiści odpowiednim elektoratom. Gorzej, że głównymi oskarżeniami, jakimi zbyt lekko szafuje klasa polityczna i komentatorska, są takie terminy o politycznej treści, które najsilniej mobilizują emocjonalny sprzeciw i panikę – jak na przykład ”agent„ czy ”faszysta„.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP