Nie. Tylko on pokazuje zupełnie coś innego niż to, do czego wszyscy go używają.
A z tym to różnie bywa. Tej zasadzie przeczy sytuacja niektórych państw Bliskiego Wschodu. A także Rosji. Podstawą gospodarek tych krajów jest wydobycie surowców naturalnych, państwa te rozwijają się, ale zła redystrybucja dóbr i usług nie pozwala na realizację własnych potrzeb przez obywateli.
Hipotetycznie dopuszczam taką możliwość. Być może mogłoby się zdarzyć tak, że gospodarka wpada w recesję, ale poczucie dobrobytu wśród obywateli pozostaje na wysokim poziomie, np. dzięki programom socjalnym. Ale częściej mamy do czynienia z odwrotną sytuacją: notujemy wzrost gospodarczy, jednak w społecznym odczuciu niewiele z niego wynika.
Tak, bo one nie są opracowywane po to, żeby akademicy mieli o czym ze sobą dyskutować, tylko żeby uwzględnić jak najwięcej czynników, które składają się na szeroko pojęty dobrostan społeczny – takich czynników, które faktycznie pokazują jakość naszego życia. Co roku śledzimy, o ile procent wzrosła gospodarka, a ważny jest nie tylko sam rozwój, ale też to, kto z niego korzysta i w jakim zakresie.
Opracowaliśmy własny miernik. Postawiliśmy na rozwój inkluzywny, a to oznacza taki wzrost gospodarki, z którego korzysta jak najwięcej obywateli. W takim ujęciu bierze się pod uwagę m.in. skalę nierówności społecznych i szacuje zasoby, które mogą pomóc je zniwelować, ocenia się rozwiązania dotyczące ochrony jakości powietrza czy przygląda się stanowi publicznej ochrony zdrowia. To rzeczy bardzo ważne, które umykają, gdy myślimy o gospodarce tylko w kategoriach dynamiki wzrostu PKB.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
