Eurosceptycy mogą czuć się rozczarowani. Wstępne dane szacunkowe wskazują, że chociaż ich pozycja będzie dużo silniejsza w europarlamencie, to zyskali o wiele mniej, niż się spodziewali. Łącznie wszystkie siły określane jako eurosceptyczne będą mogły liczyć na 171 mandatów w liczącej 751 miejsc izbie – tak wynika ze wstępnych prognoz Parlamentu Europejskiego opublikowanych wczoraj wieczorem.

Chociaż partie prounijne triumfują, powody do zmartwień mają chadecy i socjaliści, którzy – jak pokazują szacunkowe dane – ponoszą historyczną porażkę, tracąc po raz pierwszy od 40 lat większość w izbie. Łącznie ubędzie im aż 83 mandatów. By utrzymać się przy władzy, obie frakcje zapewne już dzisiaj rozpoczną poszukiwania nowych koalicjantów. Pytanie jednak, czy będą prowadzić negocjacje wspólnie, czy może zdecydują się układać plany na polityczną przyszłość osobno. Najbardziej prawdopodobny dzisiaj scenariusz zakłada, że dwie frakcje zaproszą do współpracy trzecią, która zapewni im większość w izbie. Pierwszym wyborem mogą być liberałowie, którzy w odróżnieniu od swoich potencjalnych sprzymierzeńców zyskają 34 miejsca, łącznie będą mieć 102 mandaty. Z wyniku w prounijnym obozie cieszą się także Zieloni, którzy dostaną 19 mandatów więcej – w sumie 71. Koalicja chadeków i socjalistów z dokooptowanymi liberałami nie jest jednak przesądzona. Jak mówi Danuta Hübner, europosłanka należącej do chadeków Platformy Obywatelskiej, kampania wyborcza pokazała, że programy grup proeuropejskich ideologicznie bardzo się różnią. – Oczywiście, to może być narracja wyborcza i po wyborach łatwiej będzie wypracować porozumienie. Ale myślę, że w przyszłym parlamencie będzie chodziło nie o to, by utrzymać kierunek proeuropejski, bo to raczej jest przesądzone. Będzie to jednak bardziej test zdolności do jedności i wspólnego działania dla wszystkich nurtów proeuropejskich. Pierwszym sprawdzianem będzie wybór przewodniczącego KE. Może się zdarzyć tak, że dojdzie do pęknięcia pomiędzy EPP i całą resztą bardziej liberalno-lewicową – dodaje.

Kampanię wyborczą w opozycji do chadeków prowadził wiceprzewodniczący KE i twarz europejskich socjalistów Frans Timmermans. Niektórzy komentatorzy uważają zresztą, że jego energiczna kampania miała przełożenie na niespodziewane zwycięstwo jego rodzimej Partii Pracy w Holandii. Timmermans w czasie kampanii wytykał chadekom trzymanie w swoich szeregach węgierskiego premiera Viktora Orbána i jego Fideszu pomimo problemów Węgra z praworządnością. Europejska Partia Ludowa (EPL) miała możliwość wyrzucenia Węgra, ale zamiast tego tylko zawiesiła go w prawach. Tę decyzję krytykowała również Ska Keller, kandydatka Zielonych na szefową KE.

Partia Pracy Timmermansa zwyciężyła bardzo nieoczekiwanie w Holandii – do tej pory jej notowania raczej dołowały. – To jest sygnał, który został odebrany w całej Europie – mówił Timmermans w nagraniu na Twitterze. Pytanie, czy wzmocnienie jego pozycji przełoży się na zwiększenie jego szans na zdobycie najważniejszego fotela w Brukseli – szefa Komisji Europejskiej, o co socjalista rywalizuje razem z Manfredem Weberem, kandydatem chadeków. I czy puszczanie oka przez Timmermansa do Zielonych i Lewicy Europejskiej w czasie kampanii może przerodzić się w pogłębioną współpracę po wyborach.

Największy sukces wśród eurosceptyków odniósł Nigel Farage i jego Partia Brexitu. Ale to nie przełoży się na długofalową zmianę krajobrazu politycznego we Wspólnocie. Farage utworzył bowiem nową partię, by Wielką Brytanię – zgodnie z wynikiem referendum – z Europy wyprowadzić. Wraz z brexitem brytyjscy europosłowie będą musieli wrócić na Wyspy, a ich miejsca w europarlamencie zajmą wyłonieni w tych wyborach deputowani z pozostałych krajów (Polska dostała jeden dodatkowy mandat w spadku po Brytyjczykach).

Według wstępnych szacunków frakcja polityczna Matteo Salviniego i Marine Le Pen będzie miała 57 mandatów. Europosłowie EKR zajmą 58 miejsc. Do tego dochodzi Ruch 5 Gwiazd i inne mniejsze ugrupowania, które chcą w PE współpracować z Farage’m. Oni dostaną 57 mandatów.

Jak na razie również obozowi eurosceptyków nie udało się skonsolidować. – Nie stworzą opozycji, która będzie mogła rozbijać większość lub sama coś robić – przewiduje Danuta Hübner.

Trendy w skali całej UE odzwierciedlają przybliżone wyniki wyborów Niemców. Tam najwięcej straciły partie rządzące, Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) i Socjalistyczna Partia Niemiec (SPD). Chadecy zdobyli 22,4 proc., o 7,6 proc. mniej niż w poprzednich wyborach, a socjaldemokraci 15,5 proc., aż o 11,8 proc. mniej. Koalicyjni partnerzy w ostatnich dniach kampanii zostali zaatakowani z zupełnie nieoczekiwanej strony. Popularny wśród młodzieży youtuber Rezo na tydzień przed wyborami wypuścił filmik „Zniszczenie CDU”. W nagraniu przez niemal godzinę krytykuje chadeków, ale także SPD, za arogancję, niekompetencję, brak działań na rzecz walki ze zmianami klimatu oraz wspieranie amerykańskich działań wojskowych. Nagranie w tydzień zostało obejrzane 10 mln razy.

Kolejny cios od najmłodszego pokolenia rządzący otrzymali w ostatni dzień kampanii. W piątek w ponad 300 niemieckich miastach uczniowie i studenci wyszli na ulicę w ramach akcji „Fridays for Future”. Według organizatorów aż 320 tys. uczestników domagało się większego zaangażowania polityków na rzecz ekologii. Płynące z trybun w całym kraju głosy krytyki pod adresem rządzących dodatkowo osłabiły CDU i SPD. – Głosujcie na partie, które zadbają o środowisko – mówili organizatorzy akcji w Lipsku na wschodzie Niemiec, gdzie zgromadziło się ponad 3 tys. osób. – Przekonajcie też do takiego wyboru swoich rodziców i dziadków – takie wezwanie kierowano ze sceny do sporej części demonstrujących, którzy nie ukończyli jeszcze 18 lat. Mogący już głosować uczestnicy protestów pytani o preferencje wyborcze udzielali tylko dwóch odpowiedzi: Partia Zielonych albo Die Linke (Lewica).

To właśnie Zieloni cieszyli się wczoraj najbardziej po ogłoszeniu wyników. Nie tylko zdobyli 20,6 proc. głosów, co daje im drugą pozycję w kraju. W młodzieży, która tak licznie angażuje się na rzecz ekologii, widzą perspektywę dalszego powiększania swojego elektoratu i strącenia chadecji z pozycji najpopularniejszej partii w kraju. Specyfiką niemieckich wyborów do Parlamentu Europejskiego jest brak progu wyborczego. Skorzystały na tym małe, głównie lewicowe i proeuropejskie ugrupowania, które uzyskały razem aż 13,5 proc. głosów.

O umiarkowanym sukcesie może mówić antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD). Populiści zdobyli 10,8 proc. głosów. To wynik lepszy niż w poprzednich eurowyborach, ale gorszy niż w wyborach parlamentarnych w 2017 r. Skrajne hasła rozwiązania Parlamentu Europejskiego i rezygnacji z waluty euro nie przysporzyły im nowych wyborców.

>>> Czytaj też: Budżet to najtrudniejsze zadanie dla nowych władz Unii [WYWIAD]