Pojawiające się w ostatnich dniach zapowiedzi wznowienianie wywołują już dużych emocji. Gdy dwa miesiące temu Sławomir Broniarz, szef ZNP, ogłosił przerwanie protestów, miliony Polaków (w tym autor tego artykułu) zadawały sobie pytanie: jak to? Przecież byli tacy zdeterminowani, pokazywali te paski z niskimi płacami, mówiąc „albo teraz coś się zmieni, albo nigdy”. Rząd przetrzymał ich niecałe trzy tygodnie i to wystarczyło, aby zrezygnowali? Wtedy w milionach głów pojawiła się zapewne refleksja: to strajkowanie nie ma sensu. I w dużej mierze nie był to mylny wniosek. Przyczyn jest wiele – pojawiają się nowe formy świadczenia pracy (samozatrudnienie, telepraca, praca mobilna), które nie sprzyjają zbiorowym protestom, a jednocześnie zmniejsza się przynależność do związków zawodowych, rozdrobionych i upolitycznionych (a bez nich formalny strajk nie może się odbyć). Pracodawca, w tym przede wszystkim państwo, coraz łatwiej może neutralizować czy wręcz ignorować protesty albo przedstawiać je opinii publicznej w złym świetle.
– Paliwo odbiera im też państwo opiekuńcze. Transfery socjalne zmniejszają różnice w dochodach, więc nie ma niezadowolenia społecznego, które jest tradycyjnie źródłem protestów. Zdeterminowani do strajkowania nie są nawet ci pracownicy, którzy zarabiają mało, np. zatrudnieni w sferze budżetowej – tłumaczy prof. Jerzy Wratny, wybitny ekspert prawa pracy.
>>> Czytaj też: 10 krajów, w których najgorzej traktuje się pracowników [RANKING]
Z danych GUS wynika, że w 2017 r. w Polsce przeprowadzono aż 1556 strajków, w których wzięło udział 29,7 tys. pracowników. Statystyki te robią jednak mniejsze wrażenie, jeśli dodamy, że ich uczestnicy stanowili zaledwie 0,3 proc. ogółu pracowników najemnych w Polsce i – co jeszcze istotniejsze – tylko 34,3 proc. załogi jednostek, w których odbywały się protesty. Oznacza to, że w strajku uczestniczyła tylko co trzecia osoba zatrudniona w firmie, w której trwał spór zbiorowy. Ma to ogromne znaczenie z punktu widzenia działalności pracodawcy i skuteczności akcji protestacyjnych. W sytuacji gdy dwie trzecie załogi normalnie wykonuje swoją pracę, zatrudniający nie jest przyparty do muru. Tok pracy jest zaburzony, ale nie zatrzymany. Przy odpowiedniej organizacji firma jest w stanie funkcjonować w takich warunkach (choć oczywiście w trybie „awaryjnym”). Strajk traci więc swoją największą siłę rażenia – nie wstrzymuje działalności pracodawcy, więc ten może przetrzymać protest i liczyć na to, że przedłużająca się akcja samoistnie się zakończy. Jednocześnie firma zyskuje istotny argument w procesie negocjacji. Może wskazywać protestującym (a także opinii publicznej lub lokalnym środowiskom), że ich żądania nie są zasadne, skoro większość zatrudnionych do strajku nie przystąpiła.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
