Dokumenty mówią same za siebie. Mam ich bardzo dużo, również dokumenty UPA. Poza tym, wtedy takich historyków nie było, nie dochodzili do głosu. Pokażę pani, jaki dyplom dostałem na swoje 80-lecie z uniwersytetu w Łucku. Oni mnie tam rozumieli i chcieli tego samego, co ja, czyli pojednania polsko-ukraińskiego. Część z nich dalej chce, tylko ja już nie pracuję, a oni w Polsce nie bardzo mają z kim rozmawiać. Polscy politycy chcą, żeby Ukraińcy uklękli i powiedzieli: przepraszamy.
Próbowałem działać na różnych płaszczyznach, również językowej. Używałem i używam słowa eksterminacja ludności polskiej na Wołyniu.
Właśnie ze względu na wyższy cel, na pojednanie. Mówię, że ta rzeź była zbrodnią przeciwko ludzkości.
Zawsze uciekałem. Nazwanie tego, co się wydarzyło w 1943 r., ludobójstwem nic nie zmieni. Chciałbym, żeby sąd stwierdził, na podstawie dokumentów, czy to było ludobójstwo, czy nie.
Wtedy łatwiej rozmawiać.
Teraz już nie. Powtarzanie, że to ludobójstwo, nie doprowadzi do pojednania. Nie wymagam przeprosin. Chciałbym, żeby kiedyś strona ukraińska, tamtejsi politycy, dojrzeli do tego, żeby powiedzieć – rzeź wołyńska to była zbrodnia przeciwko ludzkości i bardzo ciemna strona w historii, żeby powiedzieli, że banderowcy byli bandytami.
Wiem, że postawili pomniki w całej Ukrainie.
Na Ukrainie od lat działają siły, które nie chcą pojednania. Na tym cały wic polega. Ale wciąż są ludzie, którzy rozumieją, że gloryfikacja Bandery i UPA do niczego dobrego nie doprowadzi. Byłem wraz z prof. Leonem Kieresem na seminarium w Kijowie. Miałem referat. Po drugiej stronie byli Ukraińcy, w tym ostatni dowódca UPA Wasyl Kuk. W przerwie podszedłem do niego i mówię: pan najlepiej wiesz, jak było, jak mordowano Polaków na Wołyniu, bo przecież pan byłeś w kierownictwie. I zaczął się tłumaczyć, że to polityka, że inaczej teraz mówić nie może.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
