Wiele osób powtarza, że symbolem zmiany paradygmatu polityki gospodarczej było dojście PiS do władzy i trzeba uczciwie powiedzieć, że politycy tej partii w dużym stopniu się do niej przyczynili. Jednak proces ten rozpoczął się jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej. To wtedy z otoczenia byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego zaczęły wychodzić propozycje dotyczące powstania narodowych czempionów gospodarczych. Po odejściu z Banku Pekao S.A. Bielecki został przewodniczącym Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku w 2010 r. Pierwszym przejawem zmiany paradygmatu była próba przejęcia BZ WBK przez konsorcjum firm kontrolowanych przez Skarb Państwa.
To prawda, ale Bielecki i różni menedżerowie – w tym obecny premier Mateusz Morawiecki, a wówczas prezes BZ WBK – za kulisami byli bardzo zaangażowani w ten projekt. Bielecki poleciał nawet do Dublina, żeby zacząć negocjować z irlandzkimi właścicielami banku, ale napotkał na duży opór ze strony neoliberalnych ekonomistów, szczególnie Leszka Balcerowicza, który oskarżał doradcę premiera o próbę nacjonalizacji polskiego banku. Wokół sprawy zrobił się duży szum i ostatecznie nic nie wyszło z wcześniejszych zapowiedzi. BZ WBK trafił w ręce hiszpańskiego Santandera. Jednak Rada Gospodarcza przy premierze Tusku na tym nie poprzestała. Pod koniec 2012 r. został ogłoszony program „Inwestycje Polskie” i specjalnie powołano w tym celu spółkę Polskie Inwestycje Rozwojowe, na bazie której powstał później Polski Fundusz Rozwoju. Widać zatem pewną kontynuację na poziomie filozofii rozwoju.
>>> Czytaj też: Doing Business 2020: Polska spada o 7 pozycji na 40. miejsce w rankingu
Kluczowe znaczenie miał kryzys finansowy w 2008 r. i niepokój, że znany dotychczas świat może się zawalić.
Powoływali się wówczas na dane PKB, jednak przyszłość największych polskich banków rysowała się w coraz ciemniejszych barwach. Podczas kryzysu finansowego w zagranicznych centralach banków coraz częściej myślano o oddziałach w Polsce i w innych peryferyjnych państwach Europy Środkowo-Wschodniej jako o potencjalnym źródle płynności, której wtedy akurat brakowało na rynku międzybankowym. Wywierano więc presję na prezesach tych instytucji, aby zapewniały płynność wewnątrz korporacji.
Były takie obawy, a moim zdaniem wspomniana zmiana paradygmatu jest w dużej części efektem działań polskich top menedżerów, którzy swoje zawodowe doświadczenia zdobywali na najwyższych szczeblach polskich oddziałów zagranicznych korporacji międzynarodowych. Pełniąc tak naprawdę rolę agentów tych firm w Polsce i obserwując proces ich działania od środka, zrozumieli, jak w praktyce wygląda gospodarka wolnorynkowa.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
