200 lat temu Thomas Malthus ostrzegał, że przyrost ludności doprowadzi do katastrofy, a sto lat później niemiecki filozof Oswald Spengler wydał słynne dzieło „Zmierzch Zachodu”. W ostatnich latach w kulturze wizja końca jest już zaś wszechobecna.

To ponure, ale w ciągu 30 lat przeżyliśmy dwa końce historii. I oba, jak się okazało, należy odwołać.

Pierwszy to ten ogłoszony przez Francisa Fukuyamę?

Reklama

Zgadza się. Fukuyama pod koniec lat 80. zobaczył na własne oczy upadek ZSRR i stwierdził, że dobiegł końca proces tworzenia ustrojów politycznych. W XX w. upadały po kolei: państwo teokratyczne, faszyzm i komunizm. Na scenie została demokracja liberalna i to ona – wedle amerykańskiego politologa – wyznacza kres zbiorowych poszukiwań optymalnej formacji politycznej. Dalszy ciąg historii, zdaniem Fukuyamy, miał być rozwiązywaniem problemów wewnątrz demokracji liberalnej, natomiast sam system wydawał się nieprzekraczalny.

I ten koniec został odwołany?

Wbrew temu, co twierdziło wielu polemistów, koncepcji tej nie podważyła ani wojna w byłej Jugosławii na początku lat 90., ani konflikt z Irakiem, ani zamach na World Trade Center. Rzeczywisty kres tego sposobu myślenia nastąpił wtedy, gdy ujawniły się sprzeczności wewnętrzne – między kapitalizmem i demokracją oraz między demokracją i liberalizmem.

Zacznijmy od sprzeczności pierwszej, którą zauważyła literatura przedmiotu.

Kapitalizm powoduje nierówności tak głębokie, że zaprzeczają one samej zasadzie równości – w dostępie do władzy, możliwości dobrego życia, wobec prawa. Wskazują na to zasady reprodukcji statusu uprzywilejowanych: pieniądze pozwalają forsować korzystne ustawy, różnicują społeczeństwo w dostępie do opieki medycznej czy nauki. Jeśli demokracja jest ustrojem zapewniającym możliwość przełożenia zbiorowych problemów i poglądów na decyzje władzy, to kapitalizm redukuje ów ustrój do potrzeb i przekonań grup najbardziej wpływowych. I dzisiejsze działania prorównościowe okazują się w tym względzie niewystarczające.

Druga sprzeczność?

Dobra relacja między demokracją a liberalizmem polega na tym, że demokracja dąży do zapewnienia coraz pełniejszego udziału w sprawowaniu władzy jak największej części społeczeństwa, natomiast liberalizm chroni prawa jednostki. Tworzą one ustrój, w którym parlament reprezentuje zróżnicowane poglądy, a niezależne instytucje skutecznie kontrolują przestrzeganie prawa przez władzę. Niedobra relacja między demokracją a liberalizmem wyłoniła się w Unii Europejskiej, gdy okazało się, że połączenie tych dwóch koncepcji wymaga zasady delegowania władzy na instytucje oddalone od obywateli unijnych, a nawet od parlamentów poszczególnych państw.

Takie instytucje o charakterze eksperckim zawiadują gospodarką, ustalają dopuszczalny poziom długu publicznego, kwoty dopłat do rolnictwa itd.

Nie chodzi mi o osłabienie suwerenności państw członkowskich UE, lecz o decyzje, przy których nawet sam Parlament Europejski niewiele ma do powiedzenia. W ten sposób narodził się – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – liberalizm niedemokratyczny. Określeniem tym posłużył się Yascha Mounk w inspirującej książce „Lud kontra demokracja”. Liberalizm niedemokratyczny autor definiuje jako „prawa bez demokracji”, przez co należy rozumieć podejmowanie kluczowych decyzji poza obiegiem demokratycznym. W Polsce zapadały one zwłaszcza w latach 1989–1993: wprowadzenie religii do szkół, wynegocjowanie treści dokumentów konkordatowych, utworzenie komisji ds. zwrotu majątku kościelnego, zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, przegłosowane przez parlament wbrew żądaniu referendum, pod którym złożono milion podpisów. To kluczowe decyzje dla kształtu polskiej demokracji podjęte z pominięciem procedur demokratycznych. Mówiąc nieco ogólniej: liberalizm niedemokratyczny zakłada ochronę wolnego słowa, wyznania, zrzeszania się przy słabnącej reprezentacji potrzeb i poglądów ludu. Książka Mounka pozwala zrozumieć, jak ogłoszony przez Fukuyamę koniec historii doprowadził do demokracji nieliberalnej. Czyli demokracji bez praw.

A drugi koniec historii? On też powinien zostać odwołany?

Tak, choć powody będą nieco bardziej złożone. To koniec, który zajmuje nas wszystkich i wszystkim przysparza zmartwień. Wiąże się z czynnikiem pozaludzkim – klimatem. O ile ustroje polityczne można poprawiać, a nawet zmieniać w stosunkowo krótkim czasie, o tyle klimatu nie da się „ustalić” w głosowaniu parlamentarnym czy referendum. W procesach demokratycznych można jedynie zgodzić się na wspólne działania z tym związane. Jeśli w niektórych krajach takie głosowania się odbywają, to dlatego, że coraz powszechniejszy jest lęk przed klimatyczną apokalipsą. I właśnie ten koniec należy odwołać.

W jakim sensie?

Zabrzmi to dziwnie, ale wydaje mi się, że właśnie tak rzecz należy ująć: końca świata nie będzie. Apokalipsy nie będzie. Końca historii nie będzie. Będzie coś o wiele gorszego.

Co jest gorsze od apokalipsy?

Snujemy opowieści o apokalipsie klimatycznej, ponieważ niesie ona w sobie egalitarne pocieszenie związane ze wspólnym losem. Apokalipsa przywraca sens końcowi, bo ujmuje go w ramy sądu powszechnego i moralnego: zginie wszystko i wszyscy – to nowina straszna, a zarazem na swój sposób konsolacyjna. Wyobrażamy sobie, że nie będzie ludzi, ale dodajemy do tego, że nie będzie w ogóle niczego. I właśnie ta wizja końca chroni nas przed czymś gorszym.

Mianowicie?

Grozi nam przewlekły rozpad struktur zbiorowego życia. Nie nastąpi koniec historii, bo nawet gdyby z powierzchni planety miały zniknąć wszystkie ssaki, z ludźmi włącznie, zostałyby owady, bakterie, drobnoustroje. A także beton, plastik, odpady chemiczne. Historia planety postludzkiej nadal byłaby historią. Ale nawet takiego końca nie będzie.

Od czegoś musi się jednak zacząć taki przewlekły kryzys.

Od czegokolwiek by się zaczął, uderzy w państwo. Załóżmy, że kryzys klimatyczny pojawia się pod postacią niedoborów wody, a potem problemów z energią elektryczną. Brak wody i prądu w miastach jest równoznaczny z zagrożeniem epidemiami. Ci, którzy wyruszą na wieś, wywołają efekt migracji wewnętrznej – gwałtownego przemieszczania się tysięcy ludzi. Wszystko to oznacza sprawdzian dla państwa – dla jego instytucji opiekuńczych, ochrony zdrowia, transportu, zaopatrzenia w wodę i żywność. Dla policji, wojska, zakładów pracy. I dla sposobu sprawowania władzy. Im dłuższy kryzys, tym poważniejszy sprawdzian – aż do rozpadu państwa. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w świątecznym wydaniu Magazynu DGP