Forsal logo

Mądry minister po szkodzie, czyli prywatyzacyjny błąd [OPINIA]

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
16 lutego 2020, 17:07
Pieniądze
Pieniądze/ShutterStock
Wprowadzenie na giełdę spółek energetycznych oraz z sektora oil&gas było błędem – powiedział były minister skarbu Jacek Socha. Tak, to ten sam, który przeszedł do historii rodzimego rynku kapitałowego jako twórca maksymy: „Prywatyzacja przez giełdę jest polską racją stanu”.

Socha był ministrem skarbu w rządach premiera Marka Belki (2004–2005) i jak mało kto zna nasz rynek kapitałowy i giełdę, bo wcześniej współtworzył nadzór finansowy i był przewodniczącym Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. To za jego urzędowania w resorcie częściowo sprywatyzowane i wprowadzone na giełdę zostały takie giganty, jak PKO BP, Grupa Lotos i PGNiG. Był wtedy święcie przekonany, że upublicznienie potrzebne jest rynkowi kapitałowemu i samym przedsiębiorstwom. Tymczasem 5 lutego podczas konferencji „Kierunki 2020” zorganizowanej przez bank DNB Socha, będący dziś wiceprezesem i partnerem PwC Polska, zanegował kierunek i sposób prywatyzacji, których był współautorem.

Przyznanie się do błędu może budzić zdumienie, ale też zmusza do refleksji: co złego dzieje się z połowicznie sprywatyzowanymi spółkami, że lepiej, aby ich nie było na giełdzie? A skoro już są, to jaka powinna być ich przyszłość?

>>> Czytaj też: Od prywatyzacji do nacjonalizacji. Kolejny kryzys zmusi państwo do ponownego wycofania się z gospodarki?

Warszawska giełda została założona przez państwo w 1991 r. i przez ponad dwie dekady budowała sukces w dużej mierze dzięki zasilaniu jej przez oferty publiczne spółek Skarbu Państwa. Czy można było uniknąć takiej sytuacji? Nie, bo gospodarka odziedziczona po PRL składała się z ponad 8 tys. przedsiębiorstw państwowych, zaś prywatne dopiero raczkowały i nie mogły równać się z ich potencjałem. Jedynie sprzedaż akcji tych pierwszych w ofertach publicznych mogła przyciągnąć do Warszawy inwestorów, bo miały dostateczną wielkość, by zainteresował się nimi także kapitał zagraniczny. Dlatego na rynek publiczny trafiły największe banki, firmy produkcyjne oraz surowcowe – aż przyszła kolej na koncerny energetyczne oraz z sektora oil&gas.

Motywacje ministrów skarbu były różne, ale nie sprowadzały się wyłącznie do chęci pozyskania pieniędzy dla państwa. Wejście państwowych spółek na rynek publiczny było też ogromną szansą, aby – będąc pod czujnym okiem analityków i inwestorów – stały się transparentne, lepiej zarządzane, konkurencyjne, z wysokim poziomem ładu korporacyjnego (corporate governance). Służyło to też upowszechnieniu własności wśród inwestorów indywidualnych i edukacji ekonomicznej. To wszystko miało się przekładać na wzrost ich wartości dla akcjonariuszy (w tym Skarbu Państwa) i całej gospodarki.

Tyle teoria. A praktyka?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
publicysta ekonomiczny,  prezes Fundacji Przyjazny Kraj
Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj
Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj