Aktywiści zajmujący się kwestiami prywatności biją na alarm, że rząd poszerza nadzór nad obywatelami, wykorzystując do tego strach przed koronawirusem. Mają rację?

Zawsze byłem pierwszy do walki z nadmiernym przetwarzaniem danych obywateli, na długo przed wysypem różnej maści obrońców prawa do prywatności, którzy zaciekawili się tematem, gdy na horyzoncie pojawiło się RODO. Dziś mówię: pas. Z racji wieku i stanu zdrowia – podobnie jak 9 mln innych Polaków – jestem narażony na poważne konsekwencje w przypadku zachorowania na COVID-19. I czuję, że znaleźliśmy się w sytuacji, której żaden z nas jeszcze w życiu nie doświadczył. Sytuacji, w której wprowadzanie rządowych środków zaradczych jest niezbędne i konieczne.

Ale burza jest.

Zapytam przewrotnie: komu ufać, jeśli nie rządowi? Kto ma chronić obywateli przed chorobą, jeśli nie ludzie wybrani w demokratycznej procedurze? Kiedy władza wykonuje swoje uprawnienia zgodnie z literą prawa, to przecież nie powinno być powodów do obaw. Można różnie oceniać działalność rządu, ale komu państwo ma powierzyć walkę o przyszłość obywateli, jeśli nie premierowi? Jeżeli więc on mówi, że potrzebuje nowych uprawnień – dajmy mu je. Ale też rzetelnie i wnikliwie rozliczajmy z potknięć.

Pytanie, czy potknięć nie będzie więcej niż korzyści.

Niestety to możliwe. O ile bowiem nie mam obaw o intencje rządzących, o tyle nie jestem pewien, czy wiedzą dokładnie, co robią. To instancje rządowe powinny dokonać oceny, czy wartość zdrowia i życia nie przewyższa wartości ochrony prywatności lub ochrony danych osobowych. Przykładowo w pośpiechu wdrożono aplikację, z której dane o setkach tysięcy obywateli są składowane poza Polską. Dramat.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP.