Ludzie chorują, umierają, ale pojawia się habituacja, czyli adaptacja do stresora. Trochę jak na wojnie: usiłujemy funkcjonować mimo niebezpieczeństwa – mówi mi psycholog z Uniwersytetu Łódzkiego Marta Znajmiecka-Sikora.

– Habitu…co? W każdym razie ja posłałam dzieci do przedszkola nie dlatego, że musiałam. Chciałam – opowiada Emilia Łukowska, prawniczka z firmy deweloperskiej. Żeby zwiększyć swoje szanse na przyjęcie dzieci w nowych realiach, w ankiecie zaznaczyła, że nie ma możliwości wykonywania pracy zdalnie. – To nie do końca prawda, bo od ponad dwóch miesięcy pracujemy z mężem w domu w systemie zmianowym: jedno z nas ma telekonferencję, drugie wydaje śniadania. W porze obiadu zmiana. Wychodzimy na spacery z dziećmi, jednego dnia mąż, drugiego ja. Ten, kto zostaje, nadrabia najpilniejsze papierkowe zaległości.

Teoretycznie mogliby tak funkcjonować dalej, ale… – Zaczęliśmy dziczeć – opowiada. Nawet nie o to chodzi, że zamienili marynarki na dresy, że nie zawsze udaje im się posłać łóżka do południa. – Zamarzyła nam się normalność w starym stylu. Córka, która wcześniej nie była fanką przedszkola, zaczęła tęsknić za koleżankami. Ja za poranną kawą kupowaną w kawiarni obok.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP