Wróbel: Indeksy z Wall Street na nowych lokalnych szczytach

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
12 stycznia 2010, 09:59
Łukasz Wróbel
Łukasz Wróbel/Forsal.pl
Inwestorzy w Stanach Zjednoczonych nie zaspokoili jeszcze swojego apetytu na akcje - w poniedziałek seria wzrostowa na Wall Street przedłużona została do sześciu dni.

Lekko na wartości zyskały indeksy DJIA i S&P500, ale już technologiczny NASDAQ nie zdołał wspiąć się powyżej kreski. Po sesji wyniki finansowe opublikował największy amerykański producent aluminium Alcoa.

Wbrew oczekiwaniom analityków, wywindowanym po części wcześniejszymi informacjami o dynamicznym wzroście importu Chin, zyski spółki rozczarowały, co przy wyższej od szacowanych przychodów ze sprzedaży oznacza kurczące się marże. Przedstawiciele spółki oczekują w 2010 r. wzrostu globalnego popytu na aluminium o ok. 10 proc. (po wyłączeniu Chin o 5 proc.), lecz jednocześnie pozostają przy stanowisku, że w I kw. rynek nadal będzie słaby. Warto także zwrócić uwagę, że pod koniec III kw. 2009 r. stan zapasów aluminium znajdował się w okolicy historycznych minimów. Po zapoznaniu się z księgami finansowymi spółki za IV kw. 2009 r. inwestorzy przystąpili do wyprzedaży akcji w rezultacie czego Alcoa wyceniana była w handlu posesyjnym o ponad 6 proc. mniej niż podczas wczorajszych notowań.
We wtorek w Azji japoński NIKKEI zyskał na wartości 0,8 proc., a Hang Seng pod koniec sesji zmagał się z ważnymi oporami spadając ok. 0,2 proc. Z widocznym trendem wzrostowym na rynkach akcji na pewno nie należy walczyć, bez względu na fakt, że inwestorzy coraz bardziej wybiórczo traktują bieżące informacje, koncentrując się głównie na tych pozytywnych.

Na rynku walutowym dolar amerykański umocnił się wyraźnie względem australijskiego dolara, a na wykresie pary euro-dolar obserwowaliśmy powrót kursu poniżej poziomu 1,45 USD. W związku z brakiem ważnych publikacji makroekonomicznych ze świata (może z wyjątkiem odczytu bilansu handlowego USA) uwaga inwestorów, podobnie jak dzień wcześniej, skoncentrowana będzie na rynku długu. Wczorajsza duża emisja dziesięcioletnich obligacji USA została skutecznie uplasowana na rynku, ale popyt był wyraźnie niższy niż jeszcze kilka tygodni temu. Inaczej może być dzisiaj (popyt powinien wzrosnąć), ponieważ amerykański rząd wyemituje obligacje o krótszym terminie zapadalności (3 lata o wartości 40 mld USD), które cieszą się nadal zainteresowaniem. 

Rentowność dwulatek po piątkowych kiepskich danych z rynku pracy wróciła poniżej 1 proc., a spread odzwierciedlający długoterminowe oczekiwania inflacyjne osiągnął najwyższą wartość w historii. Nawet ci inwestorzy, którzy wierzą w pierwsze podwyżki stóp procentowych w 2010 r. zdają sobie sprawę, że zupełny brak presji płacowej, daje bankowi centralnemu długi okres przejściowy. Zaskakująco duża część analityków prognozujących wzrost kosztu pieniądza pomija fakt, że inflacja jest pochodną nie tylko podaży pieniądza w gospodarce, ale także szybkości jego obiegu w systemie finansowym, a ten wraz ze spłacanymi kredytami spada.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Open Finance
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj