Zmiana na rynku pracy w ostatnim tygodniu była negatywem, bo ilość nowych zasiłków wzrosła do 482 tys. z 446 tys. w poprzednim tygodniu. Co bardziej istotne wzrosła też średnia czterotygodniowa. To zdecydowanie nie były dobre dane. Okazało się też, że indeks Fed z Filadelfii spadł zdecydowanie mocniej niż tego oczekiwano (z 22,5 na 15,2 pkt.). Jedynie indeks wskaźników wyprzedających (LEI) kolejny raz wzrósł (o 1 procent), ale ten indeks od dawna utracił wartość prognostyczną.

Na rynek surowców oddziaływało nie tylko umocnienie jena, ale przede wszystkim czynnik chiński. W nocy dowiedzieliśmy się, że w Chinach PKB wzrósł w czwartym kwartale o 10,7 procent. Wzrost jest zbyt szybki, więc Chiny z pewnością będą nadal chłodziły gospodarkę, a to zmniejszy popyt na surowce. Czynnik chiński miał negatywny wpływ na rynek akcji (choćby przez to, że taniały surowce), ale najważniejsza była jednak polityka.

Już w środę prezydent Barack Obama spotkał się z Paulem Volckerem, szefem swojej rady ds. zwalczania kryzysu i byłym szefem Fed. Ustalono tam, że administracja zgłosi propozycje dalszy reform rynku finansowego. W czwartek prezydent te propozycje przedstawił. W największym skrócie chodzi o to, żeby po pierwsze ograniczyć wielkość instytucji finansowych po to, żeby nie było sytuacji, że jakiś bank jest „za duży by upaść” i trzeba go ratować pieniędzmi podatnika. Po drugie zmiany mają doprowadzić do tego, że rozdzielona zostanie działalność inwestycyjna od bankowej. Inaczej mówiąc będzie to pewnego rodzaju powrót do ustawy Glass-Steagalla, która obowiązywała od czasu kryzysu lat 30-tych do 1999 roku. Likwidacja tej zasady znacznie zwiększyła zagrożenie dla sektora bankowego na całym świecie i doprowadziła do zaostrzenia obecnie trwającego kryzysu.

Na inicjatywę administracji USA można powiedzieć: wreszcie. Takich decyzji od dawna brakowało i należy się tylko dziwić, dlaczego trzeba było całego roku, żeby takie zmiany zaproponować. Zaproponować, to nie znaczy jednak, że przyjąć, bo lobbyści zrobią wszystko, żeby regulacje rozmiękczyć. Pamiętać też trzeba, że Demokraci utracili w Senacie większość, która pozwoliłaby im przepchnąć odpowiednie regulacje bez protestu Republikanów. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że takie propozycje nie mogły się rynkowi spodobać.

Gwałtownie spadały ceny akcji w sektorze bankowym, któremu nie pomógł nawet doskonały wynik kwartalny Goldman Sachs. Prawie cały zysk pochodził z działalności inwestycyjnej, a to właśnie chce ograniczyć administracja amerykańska. Lepiej zachowywał się sektor technologiczny. Tam ucieszyły inwestorów raportem kwartalnym eBay i Xerox oraz danymi o sprzedaży Starbucks. Indeks S&P 500 znowu spadał już o prawie dwa procent i znowu, podobnie jak w środę, na półtorej godziny przed końcem sesji do gry weszły byki. Tym razem sukcesu nie odniosły. Indeks S&P 500 pokonał wsparcie na 1.130 pkt. i wyszedł dołem z blisko trzymiesięcznego klina wznoszącego, co zapowiada spadek do jego podstawy, czyli w okolice 1.030 pkt.

Reklama

Na GPW w czwartek od rana środowy olimpijski spokój gdzieś znikł. Wydawało się, że jeśli powiedziało się A (mocne zachowanie w środę) to przed obiciem w USA należy powiedzieć B i podnieść indeksy. Jednak niepewność co do możliwości wypracowania odbicia w USA i słabe wzrosty indeksów we Francji czy w Niemczech (po dużych spadkach w środę) wezwały podaż do tablicy – WIG20 już po godzinie tracił ponad jeden procent. Od tego momentu rynek wszedł w marazm.

Po południu, po wypowiedzi szefa ECB, kiedy kurs EUR/USD wreszcie zaczął odbijać, a indeksy na innych giełdach zwiększyły skalę zwyżki, skala spadku WIG20 zaczęła się zmniejszać. Negatywna reakcja giełd europejskich na publikację raportu kwartalnego Goldman Sachs (lepszego od oczekiwań) znowu zmieniła kierunek, ale nie było to nic istotnego. Dane z rynku pracy w USA pesymistyczne nastroje na krótko pogłębiły. Kończyliśmy dzień wtedy, kiedy amerykańskie rynki akcji nie mogły się zadecydować, dzięki czemu WIG20 spadł tylko o 0,8 proc.