Indie wypowiedziały prawdziwą wojnę globalnym koncernom farmaceutycznym. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca tamtejsze sądy odmówiły rozciągnięcia ochrony patentowej na dwa leki na raka produkowane przez Bayer i Novartis. Wady patentów nigdzie nie są bowiem tak wyraźnie widoczne, jak na rynku farmaceutycznym. Punkt widzenia wielkich koncernów jest wszędzie taki sam. Przedsiębiorca, który nie ma gwarancji czerpania stabilnych zysków z własnego wynalazku, nie ma motywacji, by inwestować w badania i rozwój (R&D). 

>>> Czytaj też: Firmy internetowe walczą z konkurencją bez skrupułów

Z opracowania unijnego Instytutu Studiów Perspektyw Technologicznych w Sewilli wynika, że w 2008 r. 2 tys. największych koncernów świata wydało na R&D 430 mld euro. To tyle, ile rocznie produkuje gospodarka Szwecji.

Bez gwarancji ochrony patentowej te środki nie byłyby tak znaczące. Koszt wynalezienia zresztą to jedno; do tego trzeba doliczyć wydatki związane z wprowadzeniem na rynek, reklamą, sfinansowaniem obowiązkowych testów, otwarciem nowych kanałów sprzedaży itp.

Koszty komercjalizacji wynalazku różnią się w zależności od produktu, ale były przypadki nowych produktów spółek komputerowych, gdy siedmiokrotnie przekraczały koszty R&D.

Ochrona musi być

Jednak patenty są krytykowane nie tylko przez lewicę, która podkreśla, że interesy transnarodowych korporacji nie powinny wygrywać z interesami konsumentów z biedniejszych regionów świata. Krytycy atakują też system patentowy z pozycji libertariańskich.Sprzeciwiał się mu m.in. pionier tego nurtu politycznego Murray Rothbard. Ich zdaniem idee, a patenty chronią przecież ludzkie pomysły, powinny pozostać wolne, a jakiekolwiek odgórne ograniczanie ich rozpowszechniania jest złamaniem zasady wolności, w dodatku hamuje rozwój gospodarczy.

W idealnym państwie leseferystów można by bez ograniczeń korzystać z cudzych pomysłów przy pracy nad własnymi wynalazkami. Mniej radykalni libertarianie zgodziliby się O tym, czy patenty zabijają gospodarkę i jak ochrona prawna ma się do wolności najwyżej na pięć, siedem lat ochrony patentowej – tak długo, aż zwrócą się koszty R&D, i ani dnia więcej. Notabene większość patentów w USA chroni wynalazek przez 20 lat. 

>>> Czytaj też: Prawa autorskie: spory o własność intelektualną

Z podobnego założenia wyszła w 1867 r. Holandia, w ogóle likwidując obowiązujące od półwiecza prawo patentowe. Od tej pory przepisy chroniły jedynie znaki towarowe, a nie wynalazki. Od 1888 r., gdy instytucję patentu wprowadziła Szwajcaria, Niderlandy pozostawały ostatnim krajem w Europie, który nie chronił wynalazków. Dopiero międzynarodowe naciski wylobbowane przez wielkich przemysłowców zmusiły monarchię do zmiany podejścia. Zagrożono usunięciem Holandii z listy sygnatariuszy konwencji paryskiej o ochronie własności przemysłowej. Takie rozwiązanie naraziłoby holenderski przemysł na straty przewyższające korzyści ze swobodnego obrotu ideami. Mimo to gorąca debata polityczna trwała całe lata, a patenty przywrócono tam w 1912 r.

Dzisiaj instytucja patentów jako taka nie budzi większych wątpliwości w większości branż przemysłu. Co najwyżej kształt całego systemu – w Unii Europejskiej trwa właśnie dyskusja o jednolitym patencie europejskim. Pakiet przepisów przyjęty za czasów polskiej prezydencji ma wejść w życie w tym roku, jednak wzbudza silne opory u polskich przedsiębiorców. Zdobycie ochrony patentowej będzie droższe niż obecnie, zaś sąd patentowy ma przyjmować wnioski tylko w trzech językach urzędowych UE – konkretnie po angielsku, francusku i niemiecku. Polacy będą musieli więc dodatkowo zainwestować w tłumaczenie wszystkich dokumentów.

Zamieszenie wokół jednolitego patentu europejskiego i tak wygląda dość skromnie w porównaniu z wojnami o patenty, jakie trwają w branży farmaceutyków.

1 kwietnia sąd najwyższy w Nowym Delhi odrzucił skargę szwajcarskiego Novartisa na decyzję miejscowych władz o odmowie opantentowania Glivecu, specyfiku stosowanego m.in. w walce z przewlekłą białaczką szpikową. Novartis walczył o jego zarejestrowanie w Indiach od 2006 r. Przegrał, bo sąd stwierdził, że Glivec nie różni się od dotychczas stosowanych leków na tyle, żeby można było go uznać za zupełnie nowy medykament, a co za tym idzie – objąć ochroną. Szwajcarzy zagrozili, że w rezultacie w ogóle wycofają się z subkontynentu, co jest jednak o tyle nieprawdopodobne, że w 2011 r. ich obroty w Indiach sięgnęły 11 mld dol.

Jak podało BBC, miesięczna kuracja Glivekiem kosztuje 2,6 tys. dol., a generycznym odpowiednikiem produkowanym w Indiach – zaledwie 175 dol. Dla wielu mieszkańców relatywnie ubogich Indii (i nie tylko) to różnica między życiem a śmiercią. Dlatego decyzja z Nowego Delhi wywołała entuzjazm w licznych organizacjach broniących praw pacjentów. – Jestem zachwycony. To krok na długiej drodze ku zapewnieniu leczenia ubogim – mówił Anand Grover, prawnik pracujący dla Cancer Patients Aid Association (Stowarzyszenia na rzecz Pomocy Pacjentom Chorym na Raka). Tym bardziej że to nie pierwsza podobna decyzja Indii w ostatnim czasie. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej sąd patentowy odrzucił wniosek firmy Bayer o zablokowanie produkcji zamiennika leku o nazwie Netaxar, stosowanego w kuracji pewnych odmian raka nerek i wątroby. Według Lekarzy bez Granic produkowany w Indiach przez Natco Pharmę generyk obniża koszty leczenia z 5,5 tys. dol. miesięcznie do 175 dol., czyli – bagatela – trzydziestokrotnie. Natco w zamian za sprzedaż własnego leku ma płacić Bayerowi 7 proc. wartości sprzedaży netto.

Hamulcowy gospodarki

Część ekspertów utrzymuje wręcz, że obecny system patentowy blokuje postęp technologiczny w całej branży medycznej. Troje amerykańskich naukowców, Eric Budish, Benjamin Roin i Heidi Williams, dogłębnie przeanalizowało rynek leków na raka. Ich zdaniem obecny system sprzyja sytuacji, w której firmy skupiają się na natychmiastowej maksymalizacji zysku niż zwiększeniu skuteczności farmaceutyków. W skrócie problem wygląda tak: standardowy patent jest wydawany na 20 lat.

Firma farmaceutyczna musi z racji silnej konkurencji złożyć wniosek patentowy jak najszybciej, by nie dać się wyprzedzić przez innych. Faza testów, także klinicznych, oraz komercjalizacji leku potrafi jednak trwać wiele lat. Dlatego korporacje mają pokusę maksymalnego skracania testów tak, by okres sprzedaży leku chronionego patentem był jak najdłuższy. Jak to działa w praktyce? Najbardziej opłaca się inwestować w leki stosowane w ostatnich stadiach nowotworu.

Testy kliniczne pacjentów z późnym stadium raka prostaty w przypadku jednego z leków potrwały trzy lata. Środek przedłużył życie chorych średnio o niecałe cztery miesiące. W przypadku innego środka testowanego na pacjentach w początkowych stadiach nowotworu testy potrwały aż 18 lat. Badania wykazały, że lek jest w stanie przedłużyć życie pacjenta nawet o dziewięć lat. Rachunek ekonomiczny jest jednak prosty: 18 lat testów przy 20-letniej ochronie patentowej daje koncernowi jedynie dwa lata pełnego korzystania z zysków ze sprzedaży specyfiku.

W pierwszym przypadku krótsze testy wydłużyły ten okres ośmiokrotnie. A przecież priorytety powinny być odwrotne. Badacze stawiają tezę, że obecny system pozostawia prace nad najważniejszymi społecznie lekami instytucjom rządowym. Spośród 120 testów trwających ponad 20 lat 95 proc. sfinansowało państwo.

Po trupach

Zjawisko znalazło odbicie w statystykach. Choć pacjenci z przerzutami mają 10 proc. szansy na przeżycie kolejnych pięciu lat, przeprowadzono na nich 11,8 tys. różnych badań klinicznych. W przypadku pacjentów bez przerzutów, chociaż ich szanse rosną do 70 proc., testowano ich 6 tys. razy. Można też skonfrontować inne liczby: 153 testy leków na tzw. raka w miejscu (przed postacią guza) i ok. 499 dla leków zapobiegających nowotworom w porównaniu z 17,4 tys. testów środków stosowanych przez nawrotach choroby (wszystkie dane za lata 1973 – 2011). Im krótszy spodziewany czas przeżycia, tym chętniej wielkie korporacje inwestują w badania. To nie wszystko: trójka naukowców pokusiła się o policzenie, ilu Amerykanów poniosło śmierć ze względu na takie, a nie inne priorytety firm farmaceutycznych.

Według Budisha, Roina i Williams tylko w 2003 r. kosztowało to życie 890 osób i straty dla gospodarki rzędu 89 mld dol. To tyle, ile w ciągu roku wyprodukowała cała gospodarka Słowacji. Michael Heller i Rebecca Eisenberg, inni amerykańscy naukowcy, w 1998 r. porównali na łamach magazynu „Science” system patentowy w kontekście prywatnych koncernów farmaceutycznych do transformacji ustrojowej państw postkomunistycznych. „Prywatyzacja musi być wprowadzana ostrożniej, by określała jasne granice systemu patentowego i minimalizowała zły wpływ restrykcyjnych praktyk licencyjnych na rozwój technologiczny. W przeciwnym razie wzmocnienie prawa patentowego paradoksalnie może prowadzić do zmniejszenia liczby użytecznych produktów poprawiających stan zdrowia człowieka” – czytamy. Po półtorej dekady te słowa nie straciły na aktualności.