Powojenny niemiecki cud gospodarczy jest przedstawiany jako rzecz unikatowa w skali świata. To w części prawda. Ale niewiele osób pamięta, że tak naprawdę fundament pod niego położyli Amerykanie, zaś rozwój RFN odbył się kosztem Niemiec Wschodnich.

>>> Czytaj też: Polska jest raczej Francją niż Hiszpanią pod względem atrakcyjności

„Czarny rynek zniknął zupełnie niespodziewanie. Wystawy pękały w szwach od towarów, kominy fabryczne dymiły, a na ulicach kłębiło się od samochodów ciężarowych. (...) Ale jeszcze bardziej niż skala rozkwitu zdziwienie budziło to, że nastąpił on tak nagle. We wszystkich obszarach życia gospodarczego proces ten rozpoczął się, jakby na bicie dzwonów, już w dniu reformy walutowej. Tylko naoczni świadkowie mogą potwierdzić, jak w oka mgnieniu przyczyniła się ona do ponownego zapełnienia magazynów i wystaw. (...) Jeszcze dzień przed reformą Niemcy bez większego sensu szwendali się po mieście, aby dodatkowo wytrzasnąć trochę nędznej żywności. W następnych dniach myśleli już tylko, aby ją produkować”. Tak pierwsze kroki w drodze do społeczeństwa dobrobytu opisywali francuscy historycy Jacques Rueff i Andre Piettre w wydanej w 1954 r. książce o znamiennym tytule „Gospodarka bez cudów”.

Życie przed reformą walutową nie wyglądało różowo. Ówczesny pieniądz, reichsmarka, tracił na wartości, choć ceny zamrożono w 1936 r. Szacuje się, że nawet połowa handlu po zakończeniu II wojny światowej odbywała się w barterze. Była to gospodarka, w której wszystkiego brakowało, zaś odbudowa kraju niemożebnie się ślimaczyła. Trzeba też pamiętać, że Niemcy nie były suwerenne, tylko podzielone na cztery strefy: amerykańską, brytyjską, francuską i sowiecką. Dopiero w 1948 r. z trzech stref okupowanych przez państwa zachodnie utworzono Republikę Federalną Niemiec, która przez kolejne lata była zależna od aliantów.

>>> Czytaj też: Solaris wygrywa kolejny przetarg w Niemczech: dostarczy 42 autobusy do Hannoveru

Marka z Ameryki

Reformę walutową przeprowadzono 20 czerwca 1948 r. Jej termin był najściślejszą tajemnicą, tak samo jak operacja „Bird dog”, czyli wydrukowanie 6 mld nowych marek, które odbyło się w USA. Drogę z Nowego Jorku do Bremy ważące 500 ton pieniądze pokonały na statku w 23 tys. drewnianych skrzynek. Po latach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” napisał, że dla kamuflażu transport opisano w papierach: „Barcelona przez Bremę”. Czemu miało służyć utrzymywanie tajemnicy? Aliantom zależało na tym, by o reformie nie dowiedzieli się Sowieci, bo ciągle toczyły się rozmowy o wspólnej walucie dla czterech stref okupacyjnych. Jednak najróżniejsze plotki o reformie krążyły wśród Niemców na długo przed czerwcem. Spowodowało to, że w sklepach było coraz mniej towarów, bo wszyscy czekali, aż będą mogli je sprzedać za „prawdziwe pieniądze”.

Reformę ogłoszono w radio w piątek wieczorem. W sobotę wiele sklepów pozamykano, tłumacząc to remanentami. W niedzielę 20 czerwca każdy z obywateli trzech alianckich stref okupacyjnych odebrał 40 nowych marek niemieckich, w ciągu dwóch następnych miesięcy kolejne 20, bo od poniedziałku reichsmarka przestawała być środkiem płatniczym. Po kilku miesiącach ostateczny kurs wymiany ustalono na 6,5 nowej marki za 100 reichsmarek. Na początku planowano wyższy przelicznik, ale inflacja okazała się zbyt wysoka. W ciągu kilku miesięcy ceny np. jajek zwiększyły się pięciokrotnie, a damskich rajstop trzykrotnie. Żywność podrożała o ok. 18 proc.

O tym, jak zmiany odczuwali przeciętni obywatele, na łamach „FAZ” wspominał Alfons Duemer, który po reformie przez trzy miesiące nie otrzymywał pensji. Uczył się wówczas na stolarza, a z powodu nowo wprowadzonych pieniędzy zakład, w którym pracował, wpadł w kłopoty: zabrakło gotówki. – Ale wierzyliśmy, że będzie lepiej – opowiadał.

Choć Związek Radziecki o planach Amerykanów nie został poinformowany, musiał zareagować – inaczej bezwartościowe na Zachodzie reichsmarki zalałyby sowiecką strefę okupacyjną. Dlatego już 23 czerwca każdy z obywateli radzieckiej strefy mógł wymienić 70 reichsmarek na 70 marek. Ponieważ reforma została przeprowadzona bez przygotowania, nie było nowych banknotów. Po prostu na dawne reichsmarki naklejano specjalne oznaczenia, które miały wielkość połowy znaczka pocztowego. Dlatego mieszkańcy szybko zaczęli ją nazywać „marką tapetowaną”. Reforma spowodowała także roczną blokadę Berlina, z którą alianci poradzili sobie za pomocą mostu powietrznego.

Arcyciekawą kwestią pozostaje autorstwo reformy. Przez lata w blasku sławy tego, który stworzył niemiecką markę, grzał się wieloletni minister gospodarki Ludwig Erhard. Ale prawda jest taka, że on ją tylko (i aż) wprowadził, bo i tak nie miał politycznej siły, by cokolwiek wtedy zatrzymać. O wszystkim decydowali Amerykanie. Dopiero kilka lat temu potwierdziły się informacje, że reformę przygotował 27-letni Edward Tenenbaum, który był członkiem armii USA. Jednak za Odrą do dziś jego nazwisko pozostaje raczej nieznane i tylko niewielu zdaje sobie sprawę, że prawdziwy fundament pod niemieckie społeczeństwo dobrobytu położyli Amerykanie. I wcale nie chodzi tu o plan Marshalla.

Garbus dla każdego

„Wirtschaftswunder”, ów cud gospodarczy, budowano na początku z problemami. Po podwyżkach cen związanych z reformą 12 listopada 1948 r. związki zawodowe ogłosiły strajk. Jak wspominał Erhard w książce „Dobrobyt dla wszystkich”, w „Radzie Gospodarczej Bizonii (połączone strefy amerykańska i brytyjska – red.) barometr wskazywał na burzę”. Jednak minister, główna obok kanclerza Konrada Adenauera figura ówczesnej polityki niemieckiej, pozostał niewzruszony. Był przekonany, że „wahadło cen wróci w wyniku konkurencji cenowej na właściwe miejsce i zabezpieczona zostanie optymalna relacja pomiędzy płacami a cenami oraz dochodami nominalnymi a poziomem cen”.

– Warto pamiętać, że mimo trudności zwyczajni Niemcy reformy przyjęli z entuzjazmem. Dla nich wojna także była trudnym czasem. Dlatego z radością witali powrót normalności – mówi ekonomista Tomasz Budnikowski z Instytutu Zachodniego, poznańskiej placówki naukowo-badawczej zajmującej się stosunkami polsko-niemieckimi.

Jeszcze w 1948 r. wprowadzono ulgi podatkowe, które skłaniały do inwestowania. W pierwszym półroczu 1950 r. poziom cen był niższy o 10 proc. niż w pierwszym półroczu 1949 r. Dlaczego? Główną przyczyną było to, że do 3 listopada 1948 r. płace zostały zamrożone. Nietypowym sposobem walki z inflacją było publikowanie „Przeglądu cen”. Opracowywany we współpracy z przemysłem i handlem periodyk pokazywał, jakie ceny na poszczególne artykuły przy poprawnie dokonanej kalkulacji mogły być uznane za uzasadnione. I tak pierwszy „Przegląd cen” z 11 września 1948 r. podawał ceny męskich półbutów na poziomie 24,50–30 marek. W tym czasie realizowano też program „Towar dla każdego”, w ramach którego np. w sierpniu 1948 r. wyprodukowano 700 tys. par butów wycenionych według szczególnie rygorystycznie skalkulowanych kosztów.

Dziś trudno sobie uświadomić, jak wielkim skokiem cywilizacyjnym i jakościowym był w historii RFN czas między rokiem 1948 a latami 60. By pokazać skalę tego zjawiska, warto porównać kilka liczb. Stopa bezrobocia w 1948 r. wynosiła 5,5 proc. (z tym że jego duża część była ukryta), w ciągu kilkunastu miesięcy wzrosła do 8,2 proc. Jednak już w 1962 r. wynosiła zaledwie 0,2 proc. Tak naprawdę wszyscy mieli zatrudnienie, a rynek pracy zdecydowanie stał się rynkiem pracownika. Historyk Norman Davies podaje, że w latach 1948–1963 przeciętny roczny wzrost PKB wynosił w Niemczech Zachodnich 7,6 proc.

„Gdy ktoś posłucha, o czym mówi się w kraju, mógłby dojść do wniosku, że wraz z pełnym zatrudnieniem, wysokim stanem produkcji i zwiększającym się spożyciem spadło na nas nieszczęście i że należy podjąć starania, aby obniżyć tempo rozwoju gospodarki. Zdrowy rozsądek broni się jednak przed takim spojrzeniem. Trudno jest pojąć, że to, co każdemu z osobna przynosi korzyści, z punktu widzenia całości ekonomii miałoby być szkodliwe i niebezpieczne. Związki zawodowe oświadczyły mi: niech pan się rozejrzy wokół, co dzieje się na rynku pracy, i niech pan sam powie, czy my jako związki zawodowe możemy jeszcze prowadzić odpowiedzialną politykę płacową, kiedy werbownicy krążą po kraju i podkupują pracowników z jednego zakładu do drugiego” – mówił w 1955 r. Ludwig Erhard.

Skutkiem tego, że wszyscy mieli pracę, był m.in. radykalny wzrost konsumpcji. Liczona w cenach z 1954 r. podniosła się z 69 mld marek w 1950 r. do 172 mld marek w 1962 r. Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego indeks prywatnej konsumpcji mierzony w cenach porównywalnych (1950 = 100) wzrósł przez te lata do poziomu 236. W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii było to 127, w Szwecji 137, we Francji 162, a w USA 139.

O wiele bardziej obrazowo wzrost produkcji pokazują liczby dotyczące poszczególnych towarów. W 1950 r. wytworzono 120 tys. sztuk lodówek elektrycznych, w 1957 r. już ponad 937 tys., a w 1960 r. prawie 2,5 mln. Jeśli chodzi o auta, to w 1949 r. z taśm montażowych zjechały ich dokładnie 104 tys. W 1962 r. produkcja dobijała już do 2 mln. Trudno się więc dziwić, że symbolem tych przemian stał się volkswagen garbus, na którego mogła sobie pozwolić praktycznie każda zachodnioniemiecka familia.

Rozwój kosztem rodaków

Dlaczego Niemcom udało się osiągnąć tak spektakularny sukces gospodarczy? – Nie wynika to z jakiegoś szczególnego etosu pracy. To jest rozpowszechniony w Polsce mit, który nie ma oparcia w rzeczywistości. Polacy potrafią pracować równie ciężko jak Niemcy – stwierdza Tomasz Budnikowski, który za Odrą bywa regularnie. Dodaje także, że jeśli już mówimy o pruskim porządku i solidności, to trzeba pamiętać, że większa część dawnych Prus znalazła się na terenie NRD. A w słynnym kolońskim karnawale to pruska solidność i pracowitość są bardzo częstym obiektem żartów.

– Istotne jest to, że za Niemcy odpowiadali alianci – opowiada historyk gospodarki Wojciech Morawski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Okupanci podzielili się rolami i wdrożyli rozwiązania u nich funkcjonujące, ale nie popełniając błędów, które zrobili u siebie. I tak Amerykanie zaplanowali system finansowy, a Brytyjczycy to, jak mają funkcjonować związki zawodowe. Oczywiście nie doprowadzili do takiego rozrostu ich uprawnień, jakie ówcześnie panowały na Wyspach – wyjaśnia.

Narzucona tuż po zakończeniu wojny polityka czterech D – denazyfikacji, demokratyzacji, decentralizacji oraz demonopolizacji – także dorzuciła swoją cegiełkę do niemieckiego cudu. Najbardziej istotna dla gospodarki była oczywiście ta ostatnia. – Dążenie do ograniczania swobody handlu i działalności produkcyjnej za pomocą zmowy kartelowej nie jest wcale słabsze niż skłonność pracobiorców do kolektywizmu – przestrzegał Erhard przy okazji uchwalania ustawy demonopolizacyjnej.

Inną przyczyną, którą wymienia Morawski, jest fakt, że bank centralny został podporządkowany Bundesratowi, wyższej izbie parlamentu składającej się z przedstawicieli krajów związkowych. W praktyce był to bank zupełnie od rządu niezależny. To właśnie tam powstał standard obowiązujący dziś w większości gospodarek wolnorynkowych.

Warto też pamiętać, że wbrew pozorom zniszczenia wojenne nie były w dawnej Rzeszy aż tak duże. Są szacunki, które mówią, że ponad 80 proc. instalacji przemysłowych w RFN przetrwało 1945 rok. – Dodatkowo Niemcy mieli już autostrady, których Amerykanie doczekali się na większą skalę w latach 50. za kadencji prezydenta Eisenhowera – dodaje Morawski.

Jednak najbardziej niedocenianym czynnikiem, który wpływał na gospodarkę zachodnioniemiecką, była sytuacja w Niemczech Wschodnich. Na przełomie lat 40. i 50. wiele przedsiębiorstw niezadowolonych z działań nowych sowieckich włodarzy przenosiło się na Zachód. Ingolstadt, przed wojną miasto bez przemysłu, stało się siedzibą koncernu Audi. Z kolei centrala Siemensa przeniosła się z Berlina do Monachium. Wraz z firmami przenosili się wykształceni pracownicy.

Niemcy Zachodnie były także beneficjentem tego, że przyjęły dobrze wykształconych oraz mających wysokie kompetencje mieszczan wypędzonych z Wrocławia, ze Szczecina czy z Gdańska. Potężny zastrzyk siły roboczej pochodził także z Niemiec Wschodnich – Berlin faktycznie został zamknięty dopiero w momencie budowy muru w 1961 r. Ale do tego czasu na Zachód przedostało się ponad 2,5 mln obywateli NRD: najczęściej młodych i wykształconych.

Do tak burzliwego rozwoju przyczyniła się wreszcie sama wojna. Przez to, że przemysł produkował głównie na potrzeby wojska, zwyczajni obywatele żyli w ciągłych niedoborach. Po wojnie tzw. popyt odłożony wybuchł ze zdwojoną siłą. Ludzie przez lata nie mogli zaspokoić swojej potrzeby nowej pralki czy roweru. Tak więc gdy pojawiła się taka możliwość, skorzystali z niej bardzo chętnie.

Oczywiście dla wielu podstawową przyczyną tego wzrostu będzie plan Marshalla, amerykańskie pieniądze, które Niemcy przeznaczyli głównie na kredyty dla małych i średnich przedsiębiorstw. To na pewno miało duży wpływ, ale spójrzmy na to tak – przez ostatnie kilka lat Polska dostała olbrzymi zastrzyk finansowy z UE, a efektów nie można w żaden sposób porównać do tego, co 50 lat temu wydarzyło się w RFN.

W tym cudzie warto też docenić wkład zachodnich sąsiadów Niemiec. Tego, że Francuzi wyciągnęli wnioski, po tym jak upokorzyli je po I wojnie światowej. – Paryż mógł zadziałać na dwa sposoby. Mógł przeszkadzać w odzyskiwaniu sił Niemcom albo pomóc im je odzyskać. Zachęcił ich do współpracy i dzięki temu powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali – mówi Morawski.

Wolność i jej dobrodziejstwa

Niemcy w 1948 r. postawili na wolną konkurencję i radykalnie zmniejszyli rolę państwa w gospodarce. „Był to czas, w którym większość ludzi nie chciała uwierzyć, że eksperyment z reformą pieniężną i gospodarczą może się udać. Był to okres, w którym w Niemczech każdy obywatel mógł liczyć na nowy talerz raz na 5 lat, na parę butów raz na 12 lat, a na nowy garnitur raz na 50 lat. Tylko co piąte dziecko mogło leżeć we własnych pieluchach, tylko co trzeci Niemiec miał szansę być pochowany we własnej trumnie. Jeżeli ktoś zgodnie ze sposobem myślenia charakterystycznym dla gospodarki planowej wierzył, że los narodu można na wiele lat naprzód określić za pomocą bilansów surowców lub innych danych statystycznych, był bezgranicznym fantastą. Politycy i urzędnicy myślący o gospodarce w sposób mechanistyczny i dyrygistyczny nie mają najmniejszego wyobrażenia, jaką dynamiczną siłę można wyzwolić w sytuacji, gdy naród znów uświadomi sobie wartość i dostojeństwo wolności” – wspominał tamten czas Ludwig Erhard.

Jednak Niemcy nie były aż tak wyjątkowe, jak może się wydawać. W latach powojennych niebywały skok przeżyła cała Europa Zachodnia, a także Japonia, której system polityczno-gospodarczy także zaplanowali Amerykanie. Wkład Niemiec docenia Norman Davies. „Wirtschaftswunder stanowił podstawę rekonwalescencji Europy Zachodniej. Wbrew błędnym przekonaniom, Niemcy nie przewyższyły wszystkich konkurentów. »Miracolo« we Włoszech było niewiele mniej spektakularne. (...) Natomiast – dzięki samym swoim rozmiarom oraz centralnemu położeniu – zachodnioniemiecka gospodarka miała kapitalne znaczenia dla powodzenia wszystkich innych. (...) Autor cudu, doktor Erhard, z pogardą odrzucił zasady planowania rządowego, jakie wybrano we Francji czy we Włoszech”. Co ciekawe, w swoim grubym tomie „Europa” Davies podtrzymuje legendę ministra gospodarki, a jako przyczyny sukcesu podaje m.in. solidną pracę i dobrą organizację.

„Wszystkie sukcesy wynikłe z mojej polityki gospodarczej są rezultatem czynów lub ich zaniechania ze strony uczestniczących w tych procesach ludzi. Nie jestem jednak skłonny do używania pojęcia »cudu niemieckiego«. To, czego dokonano w Niemczech w ostatnich latach, nie było jakimś cudem. To była konsekwencja uczciwego wysiłku całego narodu, który otrzymał możliwość używania swojej energii i inicjatywy na wolnościowych zasadach. Jeśli ten niemiecki przykład miałby mieć jakiś sens poza granicami, to tylko ten, aby wyraźnie pokazać dobrodziejstwa płynące z wolności i ekonomicznej swobody” – przekonuje sam Ludwig Erhard.