Dług może wręcz ożywić gospodarkę. Bo nie jest tak ważne, ile on wynosi, tylko na co wydaje się pieniądze - felieton Tima Claphama.
Bądźmy szczerzy, drogi czytelniku: odczuwamy złośliwą satysfakcję, widząc, jak upokarzani są możni tego świata albo jak bombastyczne słowa lub obiegowe mądrości okazują się funta kłaków warte. Oczywiście jako ludzie cywilizowani szybko spychamy te grzeszne uczucia w podświadomość. (Choć przy okazji muszę się do czegoś przyznać – przez wiele miesięcy rozkoszowałem się myślą o tym, że kilka lat temu ostatecznie potwierdzono teorię genetyczną o pochodzeniu człowieka z Afryki, co w dość głupim świetle stawia wszelkie teorie rasistowskie).
Takich momentów jest oczywiście więcej. Rewolucje naukowe, jak dowodzi Thomas Kuhn, dojrzewają długo, a stworzenie nowego paradygmatu zajmuje lata. Ludzie inwestują swój czas i reputację w obronę status quo. Trzeba było wojny światowej, by politycy i ekonomiści odkryli wagę keynesistowskiej teorii zarządzania popytem. Minęły lata względnego spokoju, zanim potężny wstrząs po stronie podażowej, a konkretnie kryzys naftowy z 1970 r., podważył te założenia i został zastąpiony obecnym konsensusem neoliberalnym, którego głównymi apostołami byli Thatcher i Reagan.
Konsensus, na którym intelektualnie wspiera się wprowadzany obecnie w Europie program oszczędnościowy, jest w dużej mierze efektem prac dwójki ekonomistów z Harvardu: Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa. Bardzo polecam ich książkę „Tym razem będzie inaczej: Osiem wieków finansowej głupoty”. Bestseller z listy „New York Timesa” i intelektualne tour de force pokazuje historyczną naturę kryzysów finansowych, takich jak ten z 2007 r., z którego Europa wciąż nie może się wygrzebać.
Reinhart i Rogoff zdają się być Jeremiaszami współczesnej gospodarki, przynajmniej jeżeli chodzi o wydatki publiczne. Istotą ich tezy jest to, że wysoki poziom zadłużenia prowadzi do niskiego wzrostu. Tłumaczy to zarówno niski poziom obecnego rozwoju, jak i usprawiedliwia w sferze teorii programy oszczędnościowe wprowadzane w Europie, których podstawowym celem jest zmniejszenie poziomu zadłużenia poprzez redukcję wydatków publicznych. Leszek Balcerowicz czułby się w ich towarzystwie jak w domu.
Reklama
W 2010 r. panowie ci napisali głośny artykuł zatytułowany „Wzrost w czasach zadłużenia”. Wykazywał on, że kraje z długiem przekraczającym 90 proc. PKB mają niższe tempo wzrostu niż te, których dług nie przekracza tego poziomu. Później nastąpiło szaleństwo cięć wydatków publicznych, czego najlepszymi przykładami są Wielka Brytania, Hiszpania i Portugalia (Grecja to szczególny przypadek ze specyficznymi problemami strukturalnymi, w tym niezdolnością do stworzenia statystyk odpowiadających rzeczywistości). Ten atak na wydatki publiczne był w dużej mierze uzasadniany efektami pracy tej pary ekonomistów.
Pewien student z Harvardu został poproszony w ramach ćwiczenia o powtórne dowiedzenie tych rezultatów. Thomas Herdon, absolwent wydziału ekonomii z Amherst College w Massachusetts, uznał, że to niemożliwe. „Spróbuj jeszcze raz – mówili jego profesorowie. – W końcu Reinhart i Rogoff nie mogą się mylić”. Ostatecznie jednak nawet oni przyznali, że w artykule są pewne nieścisłości, i poprosili słynnych autorów o kontakt. Reinhart przesłała im wersje robocze.
I co zobaczyli? Reinhart i Rogoff popełnili poważne matematyczne błędy, które w dużej mierze niweczą ich podstawową tezę ekonomiczną. Dla przykładu kluczowe dane z Australii, Kanady i Nowej Zelandii zostały pominięte, a jednemu rokowi słabego wzrostu w stosunkowo małym kraju (Nowa Zelandia) została przydana taka sama waga co dwadzieścia lat dynamicznego rozwoju w jednej z największych gospodarek świata (Wielka Brytania).
Sam upadek głównego założenia programu oszczędnościowego nie niesie jeszcze z sobą żadnych konsekwencji, ale łączy się z tym, co staje się coraz bardziej oczywiste; konkretnie, że kładzenie nacisku na redukcję zadłużenia, które zdominowało politykę gospodarczą w strefie euro i krajach takich jak Wielka Brytania, okazało się fundamentalnie błędne. Efektem był niski wzrost, poważne napięcia społeczne i jeszcze wyższe bezrobocie. Dla keynesistów to żadna nowość, ale najwyraźniej dociera to również powoli do polityków i ich doradców. Adam Posen, były członek brytyjskiej Rady Polityki Pieniężnej, zauważył, że argument Reinhart i Rogoffa, jakoby to poziom zadłużenia decydował o powodzeniu ekonomicznym kraju lub jego braku, nigdy nie miał żadnego sensu. Po II wojnie światowej wiele krajów, w tym Wielka Brytania, USA, Belgia, Włochy i Japonia, miały zadłużenie znacząco przekraczające 90 proc. i w żaden sposób nie przeszkadzało im to się rozwijać.
Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał się do dawnych błędów (w tym niedocenienia efektu mnożnikowego cięć w wydatkach publicznych) i dziś wspiera pogląd, że zaciskanie pasa szkodzi gospodarce. Czas na redukcję długów nadejdzie wtedy, gdy gospodarka wyjdzie z recesji.
Oczywiście dług niesie z sobą koszty alternatywne, ale dotyczy to wszystkich wydatków. Ważny jest nie sam dług, ale to, na co go przeznaczymy. Zakończyłbym przyziemnym argumentem, który może przemówić nawet do kogoś, kto uważa, że zadłużanie jest złe samo w sobie. Przez niemal całą swoją karierę zawodową żyłem w cieniu wielkiego długu, który znacznie przekraczał moje roczne dochody. Nazywał się kredyt hipoteczny. Czy żyłoby mi się lepiej bez niego? Na pewno nie. Zapewnił mojej rodzinie przyzwoity standard życia na wiele lat i ostatecznie go spłaciłem. Zagrożenia związane z długiem są więc zdecydowanie przerysowane i czas, by wizje dłużnego Armagedonu powędrowały na półkę, tak jak dawni lekarze, którzy na każde schorzenie widzieli lekarstwo w upuszczaniu krwi i pijawkach.
ikona lupy />
Tim Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski / Dziennik Gazeta Prawna