Na szczęście dobry człowiek dał mi ziemniaka. Ale nie zjadłem go, tylko upiekłem, sprzedałem i za zarobione pieniądze kupiłem trzy surowe. Te także upiekłem i sprzedałem. Gdy miałem już 50 pieczonych ziemniaków, umarła moja ciotka i zostawiła mi w spadku 30 mln dol”.
Tyle anegdota. Niestety, jeśli chodzi o oszczędzanie i zarabianie, nasz rząd musi się skupić na metodzie ziemniaka, bo na inny finał raczej nie mamy szans. To oznacza, że do końca kadencji powinien żmudnie i cierpliwie przeprowadzić przegląd wydatków i ujednolicić procedury wydawania pieniędzy. To praca, której nie wykonał ani ten gabinet, ani żaden poprzedni.
Oczywiście wymówek jest na pęczki: trzeba było wprowadzać reformy, potem był kryzys, potem wejście do Unii i znowu kryzys itp., itd. Ale ponieważ nikt nie odrobił tej lekcji do tej pory, to gdy powstaje budżet na kolejny rok, z automatu poszczególne, jak to się ładnie nazywa, jednostki budżetowe proponują zwiększenie budżetów o inflację plus jakiś wskaźnik. Bez względu na to, czy potrzebują tych pieniędzy, czy nie. Z kolei gdy przychodzą cięcia, nikt się nie wychyla, bo nie chce być frajerem.
Jeśli sam zaproponuje oszczędności, to za rok już nikt nie będzie o tym pamiętał. A jeśli jeszcze poprosi wtedy o więcej, zaraz się dowie, że chce więcej niż inni. Bo w sferze budżetowej działają prawa nie ekonomii, ale Parkinsona. Dlatego może się okazać, że żmudna dłubanina zmieniająca taką logikę będzie ważniejsza niż tak zwane wielkie reformy.
Dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej od 2009 r. specjalizujący się w tematyce politycznej, ekonomicznej, w tym finansów publicznych, ubezpieczeń społecznych i polityki społecznej. Laureat Grand Press Economy w 2019 roku. Nominowany do Grand Press w kategorii news w 2018. Wcześniej dziennikarz radiowej „Trójki”, Informacyjnej Agencji Radiowej, telewizyjnej Panoramy w TVP 2 i „Dziennika".
