Rząd stwierdził w „Wieloletnim planie finansów państwa”, że gdy ludzie przekonają się o wysokości świadczeń z nowego systemu, sami będą chcieli pracować dłużej. Że to będzie miało pozytywne skutki dla rynku pracy. Pan się z tym zgadza?

Zgadzam się. Trzeba zwrócić uwagę, że przejście w 1999 r. z systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki spowodowało, iż stopa zastąpienia spadła z ponad 60 proc. do niewiele ponad 50 proc., a docelowo spadnie na niewiele ponad 30 proc. Obecnie niski jest odsetek tych, którzy mają prawo do świadczeń w starym systemie. Za to coraz więcej osób będzie przechodziło na emeryturę z malejącymi współczynnikami zastąpienia. To wszystko dzieje się na tle postępującego wydłużania się życia Polaków w dobrym stanie zdrowia. Bo przeciętny stan zdrowia i sił tych, którzy w kolejnych latach będą schodzili z rynku, jest znacznie lepszy niż 10 czy 20 lat temu. Dla takich osób decyzja o dalszej pracy może być więc łatwiejsza. Będą z jednej strony motywowane tym, że ich emerytury mogą być niskie, a z drugiej – że ich zdrowie, kompetencje i dopasowanie do rynku pozwolą im pracować dalej.

Docelowo będziemy więc pracowali aż do śmierci?

Powiem panu, jak odpowie mi pan, ilu emigrantów napłynie do Polski z Europy Środkowo-Wschodniej. To, co się dzieje za wschodnią granicą, pokazuje poziom niepewności i to, jak szybko przewartościowują się nasze poglądy. Pytanie, czy te 2 mln Polaków, które wyjechało na Zachód, to już wszyscy, czy nastąpi dalsza emigracja, a może trend się odwróci. Bo jeśli pytamy, ile musimy pracować, to mówimy o bilansie w społeczeństwie między tymi, którzy pracują, a tymi, którzy pobierają świadczenia. A ów bilans zależy od czynników migracyjnych. Gdyby nic się nie stało w zakresie trendów migracyjnych, to uważam, że wiek 67 lat jako granica przejścia na emeryturę nie zostanie utrzymany. Będzie musiał być wydłużony.

Z kolei waloryzacja emerytur w najbliższych latach faktycznie będzie niska?

Reklama

Tak, będzie niska ze względu na niską inflację i niską dynamikę wynagrodzeń. Dlatego że ostatnie lata w Polsce i na świecie to znacznie niższe niż w czasach przedkryzysowych tempo wzrostu gospodarki. Proszę zwrócić uwagę, że nawet prognozy sytuujące Polskę wśród najszybciej rozwijających się krajów w Europie pokazują tempo wzrostu znacznie niższe niż przed światowym kryzysem. A PKB to nic innego jak suma płac i zysków przedsiębiorstw. Czyli wzrosty inflacji i wynagrodzeń są nie tylko niskie dziś, ale będą także w przyszłości.

Czy to uderzy emerytów po kieszeni?

Nie. Musimy pamiętać, że choć te waloryzacje nominalnie nie będą wysokie, to realnie nie będą odbiegały od wzrostu siły nabywczej wynagrodzeń. Właśnie dlatego, że inflacja jest niska. Emeryci nie powinni się martwić tym, że siła nabywcza ich emerytury będzie spadała, bo nie będzie. Ale muszą przyjąć do wiadomości, że to tempo wzrostu emerytur w najbliższym czasie znacznie spowolni i będzie niższe niż to, do czego przyzwyczaili się przed kryzysem. Ale nie będzie in minus odbiegało od wzrostu pensji osób, które pracują, bo ich pensje też urosną wolno. Taki niski wzrost płac to zjawisko charakterystyczne dla większości krajów świata.

Rozumiem, że rząd się cieszy z niższych wydatków na waloryzację?

W tym znaczeniu może się cieszyć, że w ogóle polepsza się sytuacja. W najbliższych latach liczymy na przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego, i to takie bardziej probudżetowe. Dlatego probudżetowe, że niskie tempo wzrostu gospodarki w poprzednich latach było oparte na eksporcie. On nie przysparza dużych dochodów budżetowi. Teraz to się zmienia i wzrost nie tylko będzie szybszy, ale zwiększy się udział w nim popytu krajowego. To da dodatkowe dochody z PIT, bo wzrosną wynagrodzenia, i z VAT, bo Polacy zaczną więcej kupować. Z kolei formuła waloryzacji emerytur jest oparta na inflacji, więc wydatki na podwyżki dla emerytów będą rosły wolniej niż przychody budżetowe.

Budżet może mieć zyski z tego powodu?

Trudno powiedzieć. To zależy nie tylko od samego wzrostu, ale też innych czynników, np. liczby osób przechodzących na emerytury czy spadku wpływów ze składki ze względu na przechodzenie zatrudnionych do szarej strefy. Mamy także ucieczki na zwolnienia czy wybieranie form zatrudnienia, które pozwalają płacić jak najniższe składki. Myślę więc, że te czynniki powodują, iż rozkład korzyści dla budżetu nie będzie wcale taki oczywisty. Obecnie szacuje się, że spośród roczników wchodzących na rynek pracy ponad 60 proc. młodych ludzi nie jest zatrudnianych na umowach o pracę, czyli ozusowanie ich dochodów jest niższe. To, co budżet zarobi na niższej waloryzacji, może stracić na ucieczce od płacenia składek.

>>> Rząd oficjalnie potwierdza: będziemy pracować do śmierci