Niedawny wyrok unijnego Trybunału Sprawiedliwości postawił internetowego giganta w bardzo niewygodnej sytuacji. Google wciela się dziś rolę arbitra rozstrzygającego o wyższości prawa do prywatności nad prawem do informacji. Czy UE rozpoczęła właśnie erę cenzurowania internetu?

30 września w Warszawie odbyło się czwarte z kolei spotkanie Rady Ekspertów Google zajmującej się kwestią prawa do bycia zapomnianym. Powołanie tej organizacji to odpowiedź Google’a na wzbudzający liczne kontrowersje wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 13 maja 2014 roku. Zgodnie z nim, każdy obywatel UE, który nie życzy sobie, aby wyszukiwarka internetowa łączyła niepożądane treści z jego danymi osobowymi, może zażądać usunięcia linków, które do tych treści prowadzą.

Równie kontrowersyjny jest jednak fakt, że - na mocy wyroku TSUE – decyzję o tym, które linki mają zostać usunięte, a które roszczenia są bezpodstawne, podejmuje dziś administrator wyszukiwarki internetowej. W związku z powyższym Google – który ma ponad 90 proc. udziału w europejskim rynku wyszukiwarek – został niejako zmuszony do wcielenia się w rolę internetowego arbitra rozstrzygającego o wyższości prawa do prywatności nad prawem do informacji – lub odwrotnie.

- Zazwyczaj, gdy szukasz czegoś w Google to – zgodnie z niepisaną zasadą – na pewno znajdziesz tę informację. Nie jest więc tajemniczą, że wyrok TSUE był dla nas niekorzystny. Szanujemy jednak decyzję europejskiego sądu, a cykl spotkań Rady Ekspertów jest tego najlepszym dowodem – mówił David Drummond, wiceprezes Google w czasie spotkania w warszawskiej SWPS.

Aby podkreślić skalę problemu, Drummond przytoczył szereg statystyk. Tylko w ciągu kilku ostatnich miesięcy do Google trafiło 135 tys. wniosków o usunięcie blisko pół miliona linków z wyników wyszukiwarki. Wiceprezes amerykańskiego giganta nie chciał zdradzić, jak duża liczba pracowników zajmuje się ich rozpatrywaniem, ale przyznał, że w dziale prawnym firmy istnieje specjalna komórka zajmująca się prawem do bycia zapomnianym.

>>> Czytaj też: 7,5 tysiąca dolarów za godzinę pracy? Oto najlepiej zarabiający prezesi na świecie

Pytań wiele, odpowiedzi brak

Dyskusja, w której obok członków Rady Ekspertów Google, uczestniczyli również eksperci z Polski, dostarczyła jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Wciąż nie wiemy, jaka powinna być właściwa reakcja Google na żądania dotyczące usunięcia linków z wyszukiwarki. Owszem, eksperci przedstawili kilka przykładowych rozwiązań problemu, ale trudno było doszukać się w nich właściwego balansu pomiędzy prawem do prywatności a prawem do informacji.

Zabrakło również zgody w kwestii tego, na kim powinien ciążyć obowiązek reagowania na żądanie usunięcia linków. Magdalena Piech z Fundacji Lewiatan zaproponowała, aby został on przeniesiony z wyszukiwarek internetowych na osobę czy też instytucję publikującą daną informację. W toku dyskusji pojawił się również pomysł współodpowiedzialnego reagowania na naruszenia - przez wyszukiwarkę internetową i publikującego.

Igor Ostrowski, prawnik i ekspert rynku telekomunikacji i nowych technologii zwrócił natomiast uwagę na fakt, że – postulowany przez Google – pomysł wypracowania konkretnej strategii działania w kwestii prawa do bycia zapomnianym może się okazać niemożliwy do zrealizowania, choćby ze względu na różne podejście poszczególnych państw UE do prywatności i niespójne systemy prawa cywilnego.

Kolejne pytanie, na które nie poznaliśmy odpowiedzi w czasie debaty Rady Ekspertów, dotyczy tego, kto powinien skorzystać z prawa do zapomnienia. Czy prawo do zniknięcia z wyszukiwarki powinien mieć zresocjalizowany pedofil? Skompromitowany polityk, który postanowił rozpocząć swoją karierę na nowo? Ofiara gwałtu? Nawrócony oszust? Czy można w ogóle stworzyć rozwiązanie, który w obiektywny sposób rozstrzygnęłoby te indywidualne przypadki?

>>> Czytaj też: Assange: Google wpoił ludziom, że nie jest wielką, złą korporacją

Wikipedia ofiarą prawa do bycia zapomnianym

Głosem rozsądku w całej dyskusji okazał się Jimmy Wales, który zwrócił uwagę na fakt, że wyrok TSUE, to kolejny przykład „nienadążania prawa za rozwojem technologicznym”. – Europejskie prawodawstwo, na mocy którego wydano to orzeczenie, jest starsze od Google. Żyjemy dziś w bardzo trudnym czasie dla internetu i musimy zareagować na te zagrożenia” - ostrzegł Wales.

Założyciel Wikipedii doskonale wie o czym mówi, gdyż to właśnie wolna encyklopedii stała się jedną z pierwszych „ofiar” prawa do bycia zapomnianych. Zaledwie kilka tygodni po kontrowersyjnym wyroku TSUE z wyszukiwarki Google zaczęły znikać linki prowadzące do haseł zamieszczanych w Wikipedii. Przedstawiciele Fundacji Wikimedia porównali wówczas działania Google do usuwania z katalogów bibliotecznych informacji o książkach, które wciąż stoją na półce.

Okiełznać nieokiełznane

Nie ma wątpliwości, że neutralność, niezależność i unikatowość internetu jeszcze nigdy nie była zagrożona w takim stopniu, jak dziś. Pomysłów na „okiełznanie” sieci jest wiele, a niektóre porażają poziomem swojej absurdalności. Wystarczy wspomnieć o tzw. „klauzuli sumienia” dla dostawców internetu. Takie rozwiązanie funkcjonuje już w Stanach Zjednoczonych, a jego przeniesienie na grunt UE może stać się realne z chwilą ratyfikowania przez UE porozumienia TTIP (Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji).

Na czym polegałaby owa „klauzula sumienia”. Otóż na jej mocy dostawca internetu (ISP) zostałby zwolniony z odpowiedzialności za ograniczenie dostępu do określonych treści, jeśli tylko działał „w dobrej wierze”. Oczywiście w założeniu taka klauzula miałaby dotyczyć jedynie treści o charakterze nielegalnym lub obscenicznym. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby w przyszłości – pod wpływem antypirackiego lobby - jej działania zostało rozszerzone na wszystkie materiały chronione prawem autorskim.

Innym pomysłem – forsowanym przez największych dostawców usług internetowych – jest stworzenie internetu „dwóch prędkości”. Chodzi o rozwiązanie prawne, które umożliwiłoby ISP negocjowanie preferencyjnych warunków współpracy z poszczególnymi firmami dostarczającymi treści do internetu, a co za tym idzie stworzenie „sieciowych autostrad”. W USA rozwiązanie to forsowane było na tyle mocno, że pod żądaniami ISP ugięła się sama Federalna Komisja Łączności (FCC), która przez ponad 30 lat jednoznacznie opowiadała się za neutralnością sieci.

Dzięki powstaniu „internetowych autostrad”, więksi i bogatsi dostawcy treści mogliby liczyć na priorytetyzowanie swoich usług przez internetowych providerów, kosztem innych podmiotów. Co więcej, internet „dwóch prędkości” pozwoliłby ISP na oferowanie internautom pakietów usług. Takie pakiety różniłby się od siebie ceną i dostępnością poszczególnych treści.

Pomysłów na ograniczenie neutralności sieci jest zdecydowanie więcej. Wszystkie je łączy jeden czynnik wspólny – partykularne interesy państw i wielkich międzynarodowych korporacji, które są dziś nie do pogodzenia z unikalnym charakterem internetu.