Sikora: Porozumienie o glinianych nogach

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
8 stycznia 2015, 03:15
Dominika Sikora
Dominika Sikora/Forsal.pl
„Nic się nie stało, pacjenci, nic się nie stało”. Tak można podsumować (zmieniając jedno słowo w piosence znanej kibicom piłkarskim) cyrk medialny, jaki zafundowały społeczeństwu wespół resort zdrowia z Porozumieniem Zielonogórskim.

Obie strony zawarte wczoraj porozumienie uznały za sukces. Zachowały też twarz – minister twardego negocjatora, a lekarze rodzinni walczących o lepsze jutro chorych. Tylko że to wszystko pozory. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Bo zakończenie sporu nie oznacza zmiany systemu lecznictwa na lepsze. Kolejki się nie skrócą. Dziury finansowe, jak były, tak pozostaną. 

Niepokojące w tym wszystkim są również słowa Marka Twardowskiego, negocjatora Porozumienia Zielonogórskiego, byłego wiceministra zdrowia. Wczoraj rano powiedział: „Porozumienie pokazało, po czyjej stronie była prawda. Umówiliśmy się (z ministrem zdrowia – red.), że zostaje ono tylko do wiadomości obu stron. Wykorzystamy to zarówno my, jak i minister, do naszych celów”. No właśnie, po której stronie jest prawda? Jaki jest cel takich deklaracji? Przecież ani minister zdrowia, ani lekarze rodzinni nie finansują systemu ochrony zdrowia z własnej kieszeni. Chodzi o publiczne pieniądze. I to niemałe, bo w tym roku NFZ przeznaczy na leczenie 64,1 mld zł, czyli o 1,6 mld zł więcej niż rok wcześniej. Te pieniądze nie pochodzą z jakiejś bliżej nieokreślonej wirtualnej rzeczywistości. Na sfinansowanie świadczeń składamy się wszyscy, płacąc co miesiąc nic innego, jak podatek zdrowotny. Pacjenci mają więc pełne prawo wiedzieć, dlaczego przez kilkanaście dni byli bombardowani wykluczającymi się relacjami obu stron. W końcu, czy aby na pewno spór się zakończył, a chorzy mają w 100 proc. zapewnione bezpieczeństwo zdrowotne. Bo czy naprawdę zależy ono od tego, że ostatecznie minister zdrowia zgodził się np. na likwidację konieczności corocznego potwierdzania przez lekarzy rachunku bankowego albo że kontrole w przychodniach mogą trwać maksymalnie 12 dni i muszą być zgłaszane 48 godzin wcześniej. Dla pacjentów takie ustalenia są bez znaczenia. Ważne jest, żeby przychodnia, do której są zapisani, była otwarta!

W tym wszystkim znamienna jest postawa premier Ewy Kopacz. Nie wsparła ministra w czasie rozmów z lekarzami. Spotkała się z nim tylko raz. A ponieważ właśnie podsumowuje 100 dni swoich rządów, nie mogła pozwolić na kryzys w ochronie zdrowia. Ma więc sukces. Przynajmniej na papierze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: zdrowie
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj