Dzięki niemu do 2011 r. ma powstać 2,5 mln nowych miejsc pracy. W poniedziałek Obama przedstawił też część ekonomiczno-gospodarczą swojego zespołu. Zgodnie z zapowiedziami będzie to m.in. Lawrence Summers (sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona) i Timothy Geithner (szef Fed w Nowym Jorku), który zostanie sekretarzem skarbu. Gracze byli trochę zawiedzeni tym, że Obama nie podał żadnych szczegółów planu, ale zawód szybko minął.

Dane makro nie miały w tej euforii żadnego udziału. Raport o sprzedaży domów na rynku pomóc bykom nie mógł, ale został po prostu zlekceważony. Okazało się, że nie tylko zmniejszyła się liczba sprzedanych domów (o 3,1 procent), lecz także spadła również gwałtownie mediana cenowa. Spadek mediany o 11,3 procent w stosunku do zeszłego roku był największy w historii tego raportu (od 1968 roku). Sytuacja rynku nieruchomości jest tragiczna i nic nie zapowiada szybkiego zwrotu.

Na rynku akcji wszystkie te wydarzenia prowadziły do przedłużenia piątkowej euforii. Powrót nad bardzo ważne wsparcie był wstępnym sygnałem kupna. Drożejące o ponad 50 procent akcje Citigroup pociągnęły za sobą cały sektor finansowy (tak jakby pomoc Citi coś w szerszym aspekcie zmieniała), a duży wzrost cen surowców pomógł w zwiększeniu się cen akcji w sektorze surowcowym. Sesja zakończyła się dużymi wzrostami i chociaż nie jest to w ostatnich miesiącach pierwsza próba zmiany trendu, to ta jest akurat dosyć wiarogodna.

Reklama

Po pierwsze, wzrosty nastąpiły mniej więcej tydzień po zapowiadanym przeze mnie zwrocie, co można by uznać za nieznaczne przesunięcie w czasie mojej „teoryjki”. Po drugie, za chwilę rząd USA pomoże sektorowi producentów aut. Po trzecie, wszyscy będą czekali na plan Obamy, a to będzie podtrzymywało nadzieję nawet do końca stycznia. Po czwarte, zbliża się koniec roku, kiedy to zwykle mamy do czynienia z tzw. rajdem świętego Mikołaja. To wszystko pozwala zakładać, że ostatni zwrot należy traktować bardziej poważnie niż poprzednie próby. Dużych korekt nie unikniemy, ale szansa na kontynuowanie odbicia nawet przez dwa miesiące znacznie wzrosła.

GPW w poniedziałek nie miała innego wyjścia - musiała kontynuować zwyżki. Duże wzrosty indeksów w Europie (mimo, że spora część z nich była odrabianiem niepotrzebnych spadków z piątku) musiały i u nas utrzymywać dobre nastroje.

Wyjątkiem były akcje Grupy Lotos, które w czasie sesji traciły na wartości kilkanaście procent (koniec był lepszy, ale spadkowy). Powodem była rekomendacja UniCredit – „sprzedaj” z docelowa ceną nawet „zero”, czyli bez możliwości jej ustalenia. Można powiedzieć, że analitycy UniCredit zapowiadają bankructwo lub, co zdecydowanie bardziej prawdopodobne, przejęcie przez PKN Orlen, czy też rozwodnienie kapitału spółki przez emisję akcji.

WIG20 od początku sesji piął się do góry. Po południu zobaczyliśmy prawdziwą euforię z zawieszeniami kontraktów i poszczególnych akcji na rynku kasowym. Baza na kontraktach zeszła do zera, a potem stała się dodatnia. Wszyscy chcieli wsiąść do pędzącego pociągu licząc na dłuższy okres zwyżki i utworzenie podwójnego dna na wykresie WIG20. Wzrost WIG20 o 8,5 procent był naprawdę bardzo duży, ale nie wyjątkowy – w Europie i Ameryce tak właśnie rosły indeksy. U nas martwić mógł nieduży obrót. Wzrost nie był wynikiem potężnego popytu, a jedynie zaniku podaży. Widać wyraźnie, że rynek chce utworzyć formację podwójnego dna. Po to, żeby ona powstała WIG20 musi przełamać poziom 1.900 pkt. Wtedy to formacja zapowiadałaby wzrost indeksu przynajmniej do 2.250 pkt. Nie jest to wcale wykluczone z powodów, które opisałem w części poświęconej poniedziałkowej sesji w USA.