Zapowiadane zmiany w oświacie nie uwzględniają sytuacji prawie 20 tys. pedagogów, których kwalifikacje nie przystają do nowego podziału na przedmioty nauczania

Po reformie z 1999 r. i podążających za nią zmianach w podstawach programowych w szkołach podstawowych pojawiła się przyroda. W klasach od czwartej do szóstej zastąpiła dotychczasowe geografię, biologię, fizykę i chemię.

Projektowane przez MEN zmiany z powrotem mają przywrócić te przedmioty. W przepisach przejściowych nie ma jednak słowa o tym, co stanie się z nauczycielami przyrody. A jeśli MEN nie zmieni projektu ustawy, może się okazać, że to oni w pierwszej kolejności otrzymają wypowiedzenia. Związki zawodowe szacują, że w wyniku reorganizacji straci pracę 38 tys. nauczycieli. Pedagogów uczących przyrody jest w całym kraju 19 tys.

W pokazanym przez MEN projekcie ramowych planów nauczania przyroda zostaje tylko w czwartej klasie. Dzieci będą się jej uczyły przez dwie godziny w tygodniu. Później, w klasie piątej, jeden przedmiot zastąpią geografia, biologia i fizyka, a w siódmej dodatkowo dojdzie chemia. – Czy nauczyciele nabędą z mocy prawa uprawnienia do nauczania w szkole podstawowej biologii i geografii? – zastanawia się Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Solidarność Oświata”. Na razie ze strony resortu nie ma takich deklaracji.

Według rozporządzeń resortu, aby uczyć jakiegokolwiek przedmiotu, nauczyciel musi skończyć studia, których zakres przedmiotowy pokrywa się z zakresem treści, które później będzie wykładać. Oznacza to, że biolog nie ma uprawnień do nauczania geografii. Tak samo ktoś, kto skończył studia na kierunku przyroda.

Rozwiązaniem może być szybkie przekwalifikowanie się. MEN chce, by w budżetach samorządów znalazły się dodatkowe pieniądze na dokształcanie. Szkołom łatwiej będzie jednak zatrudnić w miejsce przyrodników nauczycieli z likwidowanych gimnazjów, gdzie przedmioty były już rozdzielone. – W lepszej sytuacji będą ci, którzy przyrodę skończyli w ramach studiów podyplomowych. Oni mają w ręku dwa fachy – ocenia Magdalena Kaszulanis ze Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Sytuacja budzi jednak frustrację wśród przyrodników. – Zrobiłam studia podyplomowe z przyrody jako drugi przedmiot, ponieważ z podstawowego przedmiotu wychodził mi w szkole niepełny etat. Za szkolenie zapłaciłam sama. Teraz mój dyplom poleci do kosza? – zastanawia się Anna, nauczycielka z Opola. Podobnych głosów pełno jest również na nauczycielskich forach. Aby zdobyć uprawnienia do nauczania przyrody, trzeba było zaliczyć trzy semestry zajęć.

– Co ciekawe, w tym roku uczelnie nie przerwały naboru na studia podyplomowe na tym kierunku. To znaczy, że w szkołach wyższych kształci się kolejna grupa przyrodników. Część z nich w ogóle nie wejdzie na rynek pracy – zwraca uwagę Kaszulanis.

Sytuacja nauczycieli przyrodników to jedna z wielu uwag, które związki zawodowe mają w stosunku do reformy edukacji. ZNP domaga się podwyżki płac, dookreślenia statusu i kompetencji asystenta nauczyciela, a także rozszerzenia katalogu osób, którym należy się świadczenie kompensacyjne. WZZ „Solidarność Oświata” postuluje ustawowe ograniczenie liczby dzieci w klasie. Lista zarzutów innych organizacji jest bardzo długa.

Zarząd główny ZNP podjął decyzję o rozpoczęciu akcji protestacyjnej przeciwko reformie. 19 listopada organizuje ogólnopolską manifestację pracowników oświaty. Mają do niej dołączyć samorządowcy i organizacje pozarządowe. Jednocześnie związek przygotowuje procedury związane z wejściem w spór zbiorowy. To pierwszy krok do strajku pracowników oświaty, do którego ma dojść, jeśli MEN nie odwoła reformy.

>>> Czytaj też: Likwidacja gimnazjów: pierwszy krok zrobiony. MEN przedstawia szczegóły