Udział pozyskanej energii ze źródeł odnawialnych w całkowitej produkcji energii w Polsce wyniósł w 2015 roku 12,61%, w stosunku do 11,86% rok wcześniej ─ wynika z opublikowanych we wtorek danych Głównego Urzędu Statystycznego.

Dane GUS obejmują łącznie wszystkie trzy sektory: energii elektrycznej, ciepła i chłodu oraz transportu. Różnią się jednak od danych wykorzystywanych przez rząd i Komisję Europejską do kontrolowania realizacji celu na 2020 rok. Zgodnie z nim zużycie energii z OZE powinno wynieść przynajmniej 15% w końcowym zużyciu brutto.
Uwzględniając różnice między metodologią GUS (opartą na danych o produkcji) oraz Komisji Europejskiej (opartą na zużyciu), można szacować, że ubiegłoroczny udział energii z OZE wyniósł ok. 12,2%, wobec planowanego przez rząd na 2015 rok udziału 11,9%. Rok wcześniej rzeczywisty udział „zielonej” energii w wysokości 11,45% pokrył się dokładnie z rządowymi planami.

Teoretycznie Ministerstwo Energii powinno być zadowolone, bo nowe dane oznaczają ponowne przyśpieszenie w rozwoju OZE i zmniejszają ryzyko niedochowania zobowiązań. Problem w tym, że za blisko połowę ubiegłorocznego przyrostu w udziale „zielonej” energii odpowiadał skokowy rozwój farm wiatrowych. Wiatraki powstawały w 2015 roku naprędce, bo inwestorzy chcieli je uruchomić przed niekorzystnymi zmianami prawa. Dopisała także wyjątkowo duża wietrzność, która z nawiązką zniwelowała bardzo małą produkcję w elektrowniach wodnych. Bez wzrostu w energetyce wiatrowej Polska znalazłaby się poniżej ścieżki dojścia do celu pierwszy raz od jej przyjęcia przez rząd w 2010 roku.

W tym i kolejnych latach tego wzrostu nie można się już spodziewać. Rząd mocno ograniczył możliwości powstawania nowych turbin. Zastąpić ma je bardziej zbilansowany miks technologii ─ oparty przede wszystkim na biogazie i biomasie, z mniejszą domieszką paneli słonecznych i wiatraków. Jednak aukcje na podstawie których powstać miałaby pierwsza większa liczba nowych OZE zostaną przeprowadzone dopiero w drugiej połowie 2017 roku. To oznacza, że większość z nich będzie uruchamiana dopiero w latach 2019-2020. Do tego czasu wzrost udziału OZE w produkcji energii elektrycznej nie tylko się zatrzyma, ale zacznie topnieć. Coraz mniejsze wsparcie zielonymi certyfikatami, których ceny na rynku znacznie spadły, wypycha współspalanie biomasy z węglem.

>>> Polecamy: Przyczajony kryzys, uśpiona moc. Dlaczego część energii w Polsce jest niedostępna?

Reklama

Nie lepiej jest w sektorze transportu. Komisja Europejska w tegorocznym przeglądzie sytuacji w poszczególnych krajach zwróciła uwagę, że udział „zielonej” energii w sektorze transportu w ciągu dziesięciu lat wzrósł do 5,7%, a zgodnie z planami i zobowiązaniami rządu powinien był już przekraczać 7,4%, a w ciągu kolejnych pięciu lat wzrosnąć do planowanych 10%. To o tyle istotne, że sektor transportu zużywa znacznie więcej energii, niż sektor elektroenergetyczny, przez co jego znaczenie jest większe.

Wciąż nie jest jasne, jak na tym tle wypadnie najważniejszy sektor ─ ciepła i chłodu. Zgodnie z rządowymi planami ma on dostarczyć 60% „zielonej” energii, przede wszystkim w formie prostego spalania drewna w kominkach. GUS na pierwszy kwartał przyszłego roku przesunął publikację wyników ankiety, która miała dać odpowiedź na pytanie, ile Polacy spalają drewna. Od jej niepewnych wyników w dużej mierze zależeć będzie realizacja przez Polskę unijnych zobowiązań. W dodatku plany ograniczania niskiej emisji zanieczyszczeń, jak choćby całkowity zakaz palenia drewnem w Krakowie od 1 września 2019 roku, mogą utrudnić realizację tych planów.

Dlatego w lutym Bruksela zwróciła polskiemu rządowi uwagę, co trzeba zrobić aby osiągnąć założony plan? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl.