Jeśli spróbować uchwycić esencję idei otwartej bankowości (open banking), to – oprócz obietnicy dystrybucji istotnej części profitów do podmiotów pozabankowych – warto zwrócić uwagę na to, co jest szkieletem tej rewolucji w świecie finansów – zaufanie. Z pozoru brzmi to banalnie, ale w swych fundamentach cała bankowość, a wręcz cała współczesna gospodarka, opiera się na wypracowywaniu i szacowaniu stopnia zaufania. Wyraża się to nie tylko np. w ratingach. Już kilkaset lat temu bankierzy wiedzieli, że kluczem do sukcesu (czytaj: budowy zaufania) jest architektura. Dlatego też projektowano potężne, masywne, przypominające kamienne skarbce, gmachy. Dziś – gdy do oddziałów bankowych zaglądamy od święta – dźwignia architektoniczna pozostaje w mocy. Tyle tylko, że przez architekturę rozumiemy obecnie m.in. rozwiązania technologiczne i prawne zapewniające bezpieczeństwo kapitału i informacji, jakie powierzamy bankom. Tu właśnie na scenę wkraczają podmioty trzecie, uzyskujące np. dostęp do kluczowych danych z banków i możliwość pośredniczenia w płatnościach właśnie dzięki regulacjom wdrażającym open banking.

Pomimo pięknych logotypów, entuzjazmu, przełomowych pomysłów i niewątpliwej mody na fintech realia dla otwartej bankowości w Polsce to raczej zestaw wyzwań niż prosta droga do finansowego raju. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez KPMG i Związek Banków Polskich („PSD2 i Open Banking. Rewolucja czy ewolucja?”, marzec 2019) Polacy deklarują dość wysokie zaufanie do takich firm jak Google (38 proc. wskazań), Facebook (22 proc.) czy Apple (13 proc.). Zapytani o to, której instytucji lub firmie powierzyliby swoje pieniądze, redefiniują jednak swoje zaufanie do technologicznych gigantów. Liderem w tym rankingu pozostają starzy, dobrzy znajomi. Tak, to banki, na które wskazuje niemal 80 proc. mieszkańców naszego kraju. Patrząc na chłodno, wyniki te nie powinny dziwić – w Polsce, ale i w większości krajów Unii Europejskiej – open banking to konsumenckie novum na poziomie samochodów elektrycznych. I owszem, jako hasło brzmi świetnie, ale to dopiero doświadczenia z pierwszych kwartałów po debiutach pierwszych openbankingowych projektów zdecydują, jak szybko technologiczni giganci będą mogli powiedzieć, że w bankowych butach jest im całkiem wygodnie.

>>> Czytaj też: Które polskie fintechy zarabiają?

Reklama

Zdaniem autorów cytowanego już raportu w dłuższej perspektywie także różnica pokoleniowa może mieć znaczenie. Widać ją najlepiej na przykładzie postrzegania firm technologicznych przez osoby młodsze w porównaniu do starszego pokolenia. Na dziś Google’owi udostępni swoje dane trzykrotnie więcej respondentów w wieku 18–24 lat niż tych powyżej „40”. Tyle, że to wciąż ledwie 9 proc. z pokolenia najbardziej otwartego na nowinki na styku technologii i finansów.

Czy zatem taka atmosfera – wstępnej nieufności – jest dobra dla banków, które powinny się okopać na swoich pozycjach i ogłaszać jako „jedyni godni zaufania na lata”? Otóż nie – nikt, także sami bankowcy, nie ma w tej sprawie złudzeń. Wiedzą, że gusta konsumenckie potrafią zmieniać się szybko, forując nowinki technologiczne do poziomu liderów rynku. Zatem banki nie zamierzają czekać z założonymi rękami na to, aż znaczną część rynku zabierze im fintechowy odpowiednik Ubera. Oczywiście, tradycyjne banki wiedzą, że na starcie mają swego rodzaju handicap w postaci budowanego przez lata zaufania, bazy klientów i rozwiązań systemowych gwarantujących zgromadzonemu na bankowych kontach kapitałowi bezpieczeństwo. Warto jednak postawić sobie pytanie, na ile on wystarczy? Wkrótce bowiem do głosu dojdą też gracze proponujący bardziej elastyczne, odważne rozwiązania wykraczające poza bankową wyobraźnię, a sprawdzone już przez pierwsze grupy klientów. Co ciekawe, nowicjusze w bankowych progach otworzą nowe linie przychodowe dla banków sprzedających pretendentom technologie związane z bezpieczeństwem czy po prostu pobierających opłaty za użyczenie zebranych przez siebie danych. Jednak wówczas – po fazie informacyjnej i adopcyjnej – rynek fintechu w otwartej bankowości wkroczy w najbardziej lukratywną i burzliwą fazę – „performing”. Mowa tu o popularyzacji działających, skalowalnych modeli biznesowych.

Czy open banking wkroczy na scenę z całym impetem? A może wejdzie nieco nieśmiałym krokiem? Tu wracamy do początku – do budowniczych architektury zaufania. W Mastercard chcemy być jednym z nich, jednym z katalizatorów budowy podwalin zaufania w świecie otwartej bankowości. Zaprzęgamy do tego wysublimowaną technologię, intensywnie pracując nad rozwiązaniami zwiększającymi zaufanie do systemu oraz uproszczającymi interakcje między bankami i osobami trzecimi. Nasze technologie to m.in. katalog zatwierdzonych dostawców zewnętrznych, zaawansowane usługi monitorowania chroniące przed oszustwami oraz wyspecjalizowane mechanizmy rozstrzygania sporów. Cel? Ułatwić wykorzystanie pełnego potencjału otwartej bankowości i jednocześnie skierować młody rynek na drogę, na której zaufanie jest zawsze główną, międzynarodową walutą.

>>> Czytaj też: Bankowy Uber prowadzi ryzykowną rynkową grę. Co dalej z Revolutem?

Źródło nieznane