Niemcy otacza nimb najsilniejszej i najlepiej zorganizowanej gospodarki Europy. W ostatniej dekadzie udało im się nie tylko osiągnąć przyzwoity – zwłaszcza na tle innych dużych państw kontynentu – wzrost, ale też zredukować bezrobocie i dług publiczny. Opanowanie pandemii COVID-19 i zorganizowanie największego pakietu fiskalnego na kontynencie zdaje się tylko potwierdzać, że nadreński kapitalizm trzyma się mocno.

Solidne dane „złotej ery” Merkel i sprawna polityka antykryzysowa to jednak część rzeczywistości. Pod błyszczącą politurą kryje się niemało słabości i problemów strukturalnych. Wśród nich jest sytuacja sektora bankowego, który od lat zmaga się z niską zyskownością, rozproszeniem, opóźnieniami w cyfryzacji, słabnącą konkurencyjnością międzynarodową. Nie spełniły się nadzieje pokładane w największych flagowcach – Deutsche Bank i Commerzbank – które jednak są cieniem swojej dawnej siły i wyraźnie odstają od zagranicznych konkurentów. Tym większe były oczekiwania wobec nowych graczy, tzw. fintechów, którzy łączą internet i usługi finansowe. Mieli pomóc Niemcom unowocześnić branżę i awansować do światowej czołówki. Jednak największy z nich – Wirecard – właśnie upadł.

Bawarski fintech

Historia Wirecard zaczyna się na początku stulecia jako pomysł na stworzenie bezpiecznej platformy płatności kartami kredytowymi i przeprowadzania transakcji internetowych. Liderem firmy jest Austriak, Marcus Braun, który szybko zwrócił na siebie uwagę branży. Odbiegał od typowego menedżera bankowego: mniej mówił o liczbach, bilansach, stopach, a więcej o wizjach technologicznej rewolucji na niemieckim rynku. Do image’u outsidera pasował czarny golf, który budził natychmiastowe skojarzenia ze Stevem Jobsem.

Mający siedzibę w Bawarii Wirecard postawił na nowe technologie w rozliczeniach cyfrowych, ekspansję międzynarodową – głównie w Azji – oraz szybki wzrost wartości na giełdzie. Strategia zdawała się przynosić owoce: niemal rok w rok obroty rosły o 30 proc., osiągając 2,8 mld euro w 2019 r. Analitycy mówili o nowym SAP – dotąd jedynym znaczącym koncernie informatycznym z RFN aktywnym na rynku globalnym. Firma stała się ulubieńcem inwestorów. W 2004 r. jedna akcja kosztowała 1,2 euro, dekadę później 41 euro, by ostatecznie dobić do 200 euro. U szczytu powodzenia kapitalizacja Wirecard sięgała 24 mld euro, więcej niż łączna wartość giełdowa Deutsche Bank i Commerzbank. Braun obiecywał wzrost wartości firmy do 100 mld euro, a rynki spekulowały nawet o przejęciu Deutsche Bank.

Reklama

Euforia była jednak od czasu do czasu przerywana pogłoskami o niezbyt przejrzystych praktykach firmy, dziurach w bilansach, ryzykownych operacjach czy rosnącym zadłużeniu. Wirecard uciszał krytyków procesami sądowymi o zniesławienie, a inwestorów uspokoił, zamawiając w 2012 r. audyt w Ernst&Young (EY). Od tego czasu EY zatwierdzał kolejne roczne sprawozdania firmy – bez wątpliwości i zarzutów. Prawdziwe problemy zaczęły się w 2019 r., gdy poczytny „Financial Times” (FT) opublikował serię artykułów oskarżających Wirecard o oszustwa, pranie brudnych pieniędzy i manipulowanie bilansami azjatyckich oddziałów.

Jedna akcja Wirecard w 2004 r. kosztowała 1,2 euro, dekadę później 41 euro, by dobić do 200 euro.

Wystraszonym inwestorom szefostwo firmy tłumaczyło, że uchybienia są nieznaczne, a chodzi tak naprawdę o spekulacyjny atak anglosaskich funduszy. Wirecard dostał wsparcie niemieckiego nadzoru finansowego Bafin, który wprowadził zakaz spekulacyjnej „krótkiej sprzedaży” akcji (czyli osiągania przez inwestorów zysków ze spadku ceny akcji), która mogła zaszkodzić notowaniom firmy. Jesienią FT postawił jednak kolejne zarzuty – tym razem o niejasne transakcje w Azji i dobór partnerów zarządzających kontami firmy. Tym razem z odsieczą pospieszył Softbank, który zdecydował się zainwestować 900 mln euro – ale zażądał przy okazji specjalnego audytu firmy. Wykonał go konkurent EY, KPMG. Uwagę jego ekspertów zwróciły operacje szefa działu azjatyckiego Jana Marsalka. Dla przykładu w 2015 r. Wirecard kupił w Indiach grupę firm za 340 mln euro, choć krótko wcześniej przejął je tajemniczy fundusz z Mauritiusa za zaledwie 40 mln euro. W bilansie firmy brakowało wielu kluczowych dokumentów, były za to np. niezabezpieczone linie kredytowe na setki milionów euro i dziura na filipińskich kontach w wysokości 1,9 mld euro. Postępowanie jak dotąd nie zostało zamknięte, ale wiele wskazuje na to, że nie chodziło o bałagan na biurkach zapominalskich geniuszy, ale o zaplanowany z zimną krwią przekręt. Kursy akcji Wirecard zanotowały głębokie spadki, ze współpracy zaczęli wycofywać się wielcy klienci. Szansa, że niedawna gwiazda niemieckich finansów się z tego podniesie, jest bliska zeru.

Cienie kultury konsensusu

Przeciętny pan Schmidt, czytając artykuły prasowe o krachu Wirecard, zadawał sobie z pewnością pytanie, jak to się stało, że spółka notowana w giełdowym indeksie największych spółek DAX mogła przez wiele lat manipulować danymi i przeprowadzać niejasne operacje? Jak to się stało, że eksperci i inwestorzy uwierzyli w sprytnie opakowaną hucpę? Jak to się stało, że nie pojawili się żadni „sygnaliści”? Minister gospodarki Peter Altmeier stwierdził, że „oczekiwalibyśmy takiej sytuacji wszędzie, tylko nie w Niemczech” – dość dokładnie oddając zdziwienie pana Schmidta.

Problem w tym, że to mogło się zdarzyć – i to zwłaszcza w Niemczech. Powodów można szukać w kulturze zarządzania opartej na konsensusie, apriorycznym zaufaniu i lojalności – zaskakująco bezbronnej wobec zdeterminowanych szalbierzy. By zrozumieć jej działanie należy sięgnąć pamięcią wstecz ku dekadom powojennym, gdy firmy przemysłowe i banki były ze sobą powiązane przez gęstą sieć wzajemnych udziałów, wspólnych projektów, członkostwo w stowarzyszeniach, układy taryfowe i związki zawodowe, relacje polityczne, wreszcie osobiste kontakty kadry zarządzającej. W tej Deutschland AG (Niemcy SA) nie było „krwawych” zebrań akcjonariuszy i rad nadzorczych rozliczających menedżerów za niskie dywidendy i spadające kursy akcji. Organy kontrolne, inaczej niż w kapitalizmach anglosaskich, były bardziej gremiami doradczymi, docierającymi konsensus, życzliwie napominającymi zarząd.

Sygnały, że coś takiego może prowokować kryzysy, pojawiały się już wcześniej. Poważnym ostrzeżeniem był np. skandal związany z fałszowaniem emisji spalin samochodowych przez VW, który ewidentnie miał związek z niedostatkami korporacyjnej kontroli. Przypadek Wirecard pokazał w najlepszym razie podobny problem. W radzie nadzorczej holdingu zasiadali długoletni współpracownicy prezesa zarządu, osoby od niego w mniej lub większym stopniu uzależnione, co nie zachęcało do grzebania w bilansach ani kwestionowania decyzji. Faktyczną funkcję kontrolną miał przejąć zewnętrzny audyt, ale i to najwyraźniej nie zadziałało. EY przeprowadzał kontrole od lat, lecz jego eksperci nie zgłaszali wątpliwości co do wiarygodności firmy i rekomendowali zatwierdzenie sprawozdań. Nie wiadomo, czy EY popełnił błędy, nie chciał stracić dobrego klienta, czy może uległ presji „konsensusu”? Ostatecznie do problemów dokopała się konkurencja z KMPG, której za dociekliwość płacił tak naprawdę inwestujący w Wirecard Softbank.

Problem nadzoru

Zwalanie całej winy na model korporacyjny nie wystarcza do zrozumienia przyczyny upadku holdingu. Sporą odpowiedzialność ponosi także państwo, które nie było dotąd w stanie zorganizować skutecznego nadzoru. Federalny Urząd Nadzoru Rynków Finansowych (Bafin) długo ignorował ostrzeżenia prasy, biorąc za dobrą monetę wyjaśnienia Wirecard, że chodzi o niewielkie uchybienia – a tak w ogóle – to za skandalem stoją anglosascy spekulanci chcący przejąć perłę niemieckich fintechów. Z kolei w 2019 r. Bafin wydał wspomniany już zakaz krótkiej sprzedaży, co mogło być odczytane jako sygnał wsparcia dla firmy. Opinia publiczna i media najchętniej usłyszałyby dziś, że sprytni oszuści oszukali ospałych urzędników i dymisja prezesa Bafin Felixa Hufelda załatwia sprawę. Otóż – nie załatwia.

Niemieckie instytucje kontroli sektora finansowego mają – w odróżnieniu od swoich odpowiedników w USA i Wielkiej Brytanii – dużo mniejsze zasoby personalne, a także o wiele mniej doświadczenia w tropieniu branżowych przestępstw. Kłania się inna ścieżka rozwojowa: nadreński kapitalizm pokładał większą wiarę w kontrolę interesariuszy i sieci lojalności niż w ingerencję rządu. Po ostatnim kryzysie finansowym i gospodarczym lat 2008 – 2013 wprowadzono pewne zmiany. Pojawiła się „policja” finansowa (agencja DPR, Deutsche Prüfstelle für Rechnungslegung), która miała być pierwszym szczeblem nadzoru badającym sprawozdania finansowe. Przyznano jej jednak tylko kilkanaście etatów i skromny budżet. Bafin miał w założeniu wkraczać dopiero wtedy, gdy DPR nie radziłaby sobie z kontrolą. W praktyce system się zacinał: „policja” działała zbyt długo i niezbyt skutecznie, a nadzór nie garnął się do przejmowania skomplikowanych dochodzeń.

Dodatkowym wyzwaniem dla Bafin i DPR stał się rozwój internetu i technologii komunikacyjnych. Od kilku lat eksperci zwracali uwagę, że firmy zajmujące się cyfrowym „mydłem i powidłem” – w tym usługami finansowymi – wymykają się tradycyjnym definicjom regulatorów rynku. W 2017 r. Europejska Agencja Bankowa (EBA) ostrzegała, że blisko jedna trzecia nie podlega ani unijnym, ani narodowym reżimom kontrolnym. Wirecard całkiem pasował do tego „rysopisu”. Nawet jeśli początkowo został zakwalifikowany jako holding finansowy, po przekształceniach stał się spółką technologiczną z wydzieloną platformą bankową. Tylko ona była oficjalnie pod lupą nadzoru Bafin, choć ryzyka tak naprawdę kumulowały się w niebankowych operacjach reszty firmy podlegającej ogólnym przepisom o sprawozdawczości księgowej i ochronie konsumentów. Gdy pojawiły się zarzuty o pranie brudnych pieniędzy właściwym organem uprawnionym do interwencji była Rejencja Dolna Bawaria, co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację. W praktyce Wirecard ustawił się w martwym polu widzenia instytucji kontrolnych.

Cios w konkurencyjność

Upadek Wirecard to w przypadku Niemiec coś więcej niż bankructwo dużej firmy. To poważne uderzenie w plany, by dołączyć do pierwszej ligi światowych finansów, poprzez ulokowanie w niej dynamicznego fintecha. Od lat wiadomo, że Niemcy w tej konkurencji zostają w tyle – np. z powodu stosunkowo małej giełdy. Wszystkie 30 firm reprezentujących DAX są warte obecnie 1,3 biliona dol., czyli wyraźnie mniej niż samo Apple (1,6 biliona dol.). Jeszcze większym problemem jest sektor bankowy zdominowany przez małe, lokalne banki. Są one wprawdzie dość stabilne, ale nie są w stanie osiągać dużych zysków ani inwestować w nowe rozwiązania i technologie. Nie pomaga też awersja do ryzyka – zarówno wśród zarządzających, jak i klientów banków. Jej symbolem jest wciąż powszechne w Niemczech płacenie gotówką.

Rządy Niemiec od wielu lat podejmowały próby, by ten stan zmienić. Punktem odniesienia był rynek USA z wielkimi bankami inwestycyjnymi i dostępnością kapitału ryzyka. Głównie dzięki nim, jak sądzi się w Niemczech, Amerykanie mogli zainicjować cyfrową rewolucję, zbudować Googla, Amazona, czy Teslę i ostatecznie uzyskać ogromną przewagę technologiczną. Niemcy liczyli zatem, że pójście w kierunku rozwiązań praktykowanych w USA pozwoli na budowę własnych graczy globalnych w sferze finansów, przekona małe banki do bardziej agresywnych strategii, a przy okazji zmusi niemiecki biznes do wyjścia poza wygodne nisze tradycyjnych produktów. Rewolucja finansowa miała być zatem zaczynem kolejnej rewolucji przemysłowej.

Historia bawarskiego fintechu Marcusa Browna pokazała słabości instytucjonalne kapitalizmu Niemiec i problemy w zarządzaniu sektorem finansowym.

Pierwszą poważną próbę realizacji tej wizji podjął Deutsche Bank w latach 90. XX w. W krótkim czasie stateczna instytucja stała się, jak złośliwie zauważył ówcześnie „The Economist”, największym funduszem ryzyka świata. Niemcy przejęli amerykański Bankers Trust, podkupili w Nowym Jorku najlepszych menedżerów od finansów i zaczęli ostro inwestować na rynkach międzynarodowych. Na niewiele się to zdało: po kryzysie finansowym z lat 2007 – 2013 Deutsche Bank popadał w coraz większe problemy. Dziś jest cieniem samego siebie: trwa sanacja, której celem jest ochrona przed przejęciem przez europejskich konkurentów z Francji, Włoch czy Holandii. Nic nie wyszło też z planów, popieranych przez polityków rządowych, fuzji z Commerzbank, dzięki której miał powstać globalny megabank zdolny do równej gry z chińskimi gigantami, HSBC czy JP Morgan Chase. Bankructwo Wirecard – firmy, z którą wiązano nadzieję na udział w finansowej „lidze mistrzów” – domyka listę niepowodzeń.

Dylematy

Saga bawarskiego fintechu Marcusa Browna pokazała słabości instytucjonalne kapitalizmu Niemiec i – po raz kolejny – problemy w zarządzaniu sektorem finansowym. Wysyp reformatorskich pomysłów to reakcja na te zjawiska. Minister finansów Olaf Scholz już zapowiedział np. zmiany na rynku audytu. Chodzi np. o zwiększenie rotacji audytorów, by zapobiec powstaniu długotrwałej relacji z kontrolowaną firmą oraz o wyraźne oddzielenie czynności doradczych od audytorskich. W Bundestagu krążą pomysły idące o wiele dalej, np. w kierunku radykalnego zwiększenia zakresu odpowiedzialności finansowej za błędy firm takich jak EY czy KMPG. Pojawiła się również propozycja, by zrezygnować z zasady płacenia przez kontrolowany podmiot za audyt, wpychającej strony w ewidentny konflikt interesów. Rozwiązaniem miałoby być utworzenie specjalnego funduszu finansowanego z obowiązkowych składek dużych firm, z którego opłacani będą losowo wyłaniani audytorzy. Ministerstwo finansów podjęło też problem Bafin. Wiele wskazuje na to, że dwustopniowy nadzór zostanie zlikwidowany, a kontrakt z DPR rozwiązany w 2021 r. Nadzór ma być wzmocniony finansowo, personalnie oraz mieć prawo do bezpośredniego interweniowania w formie dochodzeń specjalnych – bez względu na to, czy firma jest bankiem czy fintechową hybrydą. W ten sposób zniknęłoby regulacyjne „martwe pole” wykorzystywane przez spółki technologiczne.

Wszelkie działania podejmowane obecnie przesz Niemcy zmierzają w kierunku nałożenia regulacyjnego kagańca i większej kontroli nad branżą finansową.

Dyskusja, którą właśnie inicjuje Olaf Scholz, zmusi Niemcy do rozstrzygnięcia poważnego dylematu systemowego. Obecnie wiatr wieje w kierunku nałożenia regulacyjnego kagańca i większej kontroli nad branżą finansową. Dmucha też w żagle ogólnej krytyki wobec finansjalizacji gospodarki i zbyt liberalnego traktowania banków, funduszy, itd. Jakkolwiek jest to zrozumiałe, może poddusić tysiące startupów, których nie stać na rozbudowane działy compliance i szacowanie ryzyka. Może też zaszkodzić bankom, które i tak słabo przędą w świecie zerowych stóp procentowych zafundowanych przez politykę EBC.

Problemy z sektorem finansowym i dylematy regulacyjne Niemiec będą miały także konsekwencje europejskie. Na biurkach ministrów finansów państw członkowskich UE wciąż leży niedokończony projekt unii bankowej. Istnieje już wspólny nadzór oraz mechanizm uporządkowanej upadłości i restrukturyzacji, ale nadal brakuje wspólnego ubezpieczenia depozytów (nazywanego EDIS). Oznaczałoby ono, że klienci upadającego banku np. we Włoszech, otrzymaliby zwrot swoich oszczędności ze specjalnego europejskiego funduszu.

Jak dotąd wprowadzenie EDIS blokowali przede wszystkim Niemcy. Od 2012 r. politycy i eksperci z RFN powtarzali mantrę, że finalizacja unii bankowej będzie możliwa wtedy, gdy inne banki będą w tak dobrej kondycji jak niemieckie. Dopiero wtedy wchodziłaby w grę reasekuracja, a następnie wspólny fundusz zabezpieczający depozyty. Problem w tym, że o ile włoskie banki w ostatnich latach poprawiały swoje bilanse, to coraz bardziej topniało przekonanie o świetnej kondycji niemieckich instytucji finansowych. Przypadek Wirecard może wzbudzić jeszcze więcej wątpliwości co do faktycznej kondycji sektora bankowego Niemiec i sprawności jego instytucji nadzorczych. Jeszcze jeden bankrutujący fintech, dalsze kłopoty Deutsche Banku czy straty jednego z landesbanków i to Włosi zaczną sarkać, że finalizacja unii bankowej to dla nich zbyt duże ryzyko – właśnie ze względu na Niemcy.

Sebastian Płóciennik, ekonomista, prawnik, naukowiec, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, wykładowca Uczelni Vistula

Źródło nieznane