Z Markiem Belką rozmawia Łukasz Wilkowicz

Śledzi pan kwestię kredytów frankowych? Komu pan kibicuje: frankowiczom czy bankom?

Reklama

Jedną rzecz chcę powiedzieć na obronę banków – pojęcie klauzuli abuzywnej jest nadużywane. Czasami podciągany jest pod nią fakt, że banki ustalały kurs wymiany na podstawie tabeli kursów podawanych przez bank centralny. Ale to rzecz powszechna na świecie, trudno wyobrazić sobie inne rozwiązanie. A z jakichś powodów są orzeczenia sądów, które ten fakt uznają za przyczynę abuzywności. Bezsens.

Jeśli do ustalania kursu bankowego był wykorzystywany kurs NBP, nawet z ustaloną z góry marżą, nie budzi to dużych kontrowersji. Niekorzystne dla banków rozstrzygnięcia sądowe najczęściej wiążą się z sytuacją, że to był np. kurs z godz. 15 albo kurs między godz. 15 a 15.15 według serwisu Reutersa, do którego dostęp mają tylko dealerzy bankowi. Na tym zasadza się argumentacja: że to kurs, który banki mogły sobie same wybrać.

Pierwsza rzecz, nie jest prawdą, że banki mogą same ustalać kurs. Za tym skomplikowanym, może nawet piętrowo skomplikowanym sposobem ustalania kursu stoi pewna logika: chodzi o kurs najbardziej aktualny. Druga rzecz, która mnie niepokoi: jeśli nawet możemy mieć uwagi do sposobu ustalania kursu, to wnioski z tego wyciągane są niewspółmiernie wielkie. Nawet jeśli uznamy, że marża jest za wysoka, to niekorzyść dla kredytobiorcy jest w sumie nieznaczna. Natomiast wnioski, które z tego się wyciąga, że cała umowa jest nieważna, są niepoważne. Przynajmniej dla ekonomisty. Gdy jest mowa o kredytach frankowych, ja zawsze zaczynam od tego, że nie byłoby tego problemu, gdyby Polska była w strefie euro. Albo ten problem byłby o wiele łagodniejszy. O tym warto pamiętać.

To też pana wina, że nie jesteśmy w strefie euro.

Jak to moja?

Był pan prezesem NBP. Mógł pan bardziej się postarać.

Zostałem prezesem banku w 2010 r., kiedy sprawa była już przyhamowana. Po drugie nie byłoby problemu, gdyby rząd czy nadzór bankowy – jak prosił o to Związek Banków Polskich – kredytów frankowych zakazał. Ale ówcześnie panujący mówili: „To jest przecież jedyny sposób, najlepszy sposób, na zwiększenie dostępności mieszkań”.

„Panujący” tak mówili. Komisja Nadzoru Bankowego wskazywała raczej, że nie ma możliwości prawnych, by zakazać udzielania kredytów we frankach.

Tak naprawdę większość rekomendacji nadzoru jest, nazwijmy to, na granicy prawa. Tylko że cały świat przyjął, iż nadzór finansowy ma prawo wydawać takie rekomendacje, a banki powinny się do nich stosować. Gdyby KNB taką rekomendację, nie zakaz, wydała, to problemu by nie było. A ponieważ nie wydała, to banki oczywiście postąpiły, jak by to powiedzieć…

Pojechały po bandzie.

Były zaślepione walką o rynek. Dwa poważne banki nie włączyły się do tej gry: ING Bank Śląski i Pekao SA. Z prostego powodu – ich właściciele to już kiedyś przeżyli i wiedzieli, czym to pachnie. A nasze, państwowe czy prywatne, pognały do przodu, bo przecież trzeba było walczyć o udział w rynku.

Pan w czasie boomu walutowego był w radzie Banku Millennium?

Nie. Ja odszedłem stamtąd dużo wcześniej, jeszcze w 2003 r.

Przed premierowaniem.

Nawet jeszcze przed Irakiem (od czerwca do października 2003 r. Belka był szefem koalicyjnej Rady Koordynacji Międzynarodowej w Iraku – red.). Jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobiłem, gdy przyszedłem do NBP, było… Zacząłem bankom urągać, mówiąc krótko. Przypominać im, że postąpiły źle, ryzykownie i że powinny szybko próbować to jakoś załatwić.