Premier Morawiecki i marszałek Witek to pewniaki w nowym rozdaniu. Co więcej możemy o nim powiedzieć? Na jakim etapie są rozmowy?

Jedyną osobą upoważnioną do prezentowania składu rządu jest premier Morawiecki. Nie zamierzam mówić ani o ustaleniach z Porozumieniem, ani o negocjacjach PiS – Solidarna Polska. Ale proszę nie spodziewać się rewolucyjnych zmian. To będzie rząd kontynuacji i przyspieszenia. Rozmowy o personaliach zmierzają do szybkiego finału. Znacznie więcej czasu zajmą nam sprawy programowe. Dlatego nie spodziewałbym się szybkiego podpisania nowej umowy koalicyjnej.

Czy w trakcie rozmów wchodziło w grę premierostwo inne niż Mateusza Morawieckiego?

Realnie patrząc – nie. Moja partia od początku zresztą popierała tę kandydaturę. Kompetencje ekonomiczne Mateusza Morawieckiego będą nam w tej kadencji potrzebne, bo spięcie bardzo szerokich programów społecznych z koniecznymi inwestycjami nie będzie należało do zadań łatwych. Poza tym atutem premiera jest jego bardzo dobra pozycja na forach unijnych. Europa znajduje się na zakręcie, a Mateusz Morawiecki jest świetnie przygotowany do prezentacji polskiego punktu widzenia.

Platforma kusi pana, by dokonał pan wolty i utworzył rząd z opozycją? O takim wariancie mówił Radosław Sikorski.

To kiepska próba wbicia klina w Zjednoczoną Prawicę. Możecie mnie sobie panowie wyobrazić w jednym obozie z Adrianem Zandbergiem, który jest szczerym marksistą? Albo z Krzysztofem Śmiszkiem – szczerym wyznawcą ideologii LGBT? Albo z Włodzimierzem Czarzastym – szczerym obrońcą esbeków? Nie jest tajemnicą, że nie we wszystkim mi po drodze z PiS. Wiem, że wielu moich wyborców nie zaakceptowało kompromisów, które zawarłem w imię przetrwania Zjednoczonej Prawicy. Trudno, trzeba było zapłacić tę cenę. Bo zbyt dobrze znam partie opozycyjne, by nie wiedzieć, że ich rządy byłyby dla Polski czasem regresu.

Prawica ma problem z uznaniem wyników wyborów do Senatu, skoro składa protesty?

Protesty wyborcze to normalna procedura odwoławcza, stosowana przez różne komitety, przy okazji bodajże wszystkich ostatnich wyborów. Z procedury odwoławczej skorzystała również Koalicja Obywatelska. Nie ma się co dziwić decyzji obu stron – PiS i KO. Jeżeli różnica w okręgu wynosi np. tysiąc głosów przy kilku tysiącach głosów nieważnych, taka weryfikacja jest czymś naturalnym.

Opozycja podnosi, że protesty będą rozpatrywane przez nowo powstałą izbę SN obsadzoną waszymi nominatami.

Apelowałbym do kolegów z opozycji o konsekwencję. Najpierw bronili sądów przed naszymi reformami jak niepodległości. Teraz podważają wiarygodność ogromnej rzeszy sędziów tylko dlatego, że zostali oni mianowani za rządów Zjednoczonej Prawicy. Ale przecież ogromna większość tych sędziów pracowała w sądach przed naszymi reformami! Jeżeli oni są niewiarygodni, to znaczy, że sądy wymagały reform. Jeżeli zaś do 2015 r. byli wiarygodni, to dlaczego zakładać, że teraz będą ulegać naciskom politycznym? Przy całym moim krytycyzmie co do funkcjonowania sądów nie widzę podstaw, by z góry odmawiać zaufania sędziom z tej izby. Demokracja działa, ostateczne decyzje należą do niezawisłych sędziów.

A może protesty wyborcze to efekt waszej bezsilności w przeciąganiu opozycyjnych senatorów na swoją stronę?

Dlaczego panowie zakładają, że przeciąganie odbywa się w jedną stronę? Raczej jednak ma to charakter zwykłych kontaktów koleżeńskich.

Do tej pory tylko senator Grodzki z KO twierdzi, że próbowano go namawiać do przejścia na naszą stronę. Tyle że ten sam senator równocześnie twierdzi, że ja negocjuję z opozycją fotel premiera. W związku z tym traktuję go jako bajkopisarza.

Liczycie na przekonanie senatorów opozycyjnych do poparcia waszego kandydata na marszałka?

W 2005 r. w Polsce zaczęła się wojna na górze, która szybko przeobraziła się także w wojnę na dole. Jako społeczeństwo jesteśmy zdecydowanie zbyt głęboko podzieleni. Być może zatem sytuacja w Senacie to okazja, by zacząć wypracowywać jakieś modus vivendi między obozem rządowym a opozycją?

Wynik przyszłorocznych wyborów prezydenckich zdecyduje o ewentualnym skróceniu kadencji Sejmu?

Na tym polega plan opozycji: pozbawić nas większości senackiej, odebrać urząd prezydenta, a potem grillować tak długo, dopóki sami nie wystąpimy o skrócenie kadencji. Dlatego najważniejszym obecnie celem naszego obozu jest reelekcja Andrzeja Dudy. Temu muszą być podporządkowane nasze działania przez najbliższe półrocze.

Czego spodziewa się pan po drugiej stronie? Czy Donald Tusk wystartuje na prezydenta?

Jego ostatnie wypowiedzi interpretuję następująco: „To ja, Donald Tusk, jestem tym kandydatem opozycji, który w pierwszej turze zbierze najwięcej głosów i wywoła największy entuzjazm. Równocześnie to ja, Donald Tusk, jestem kandydatem, który w drugiej turze najpewniej przegra, bo mam bardzo silny elektorat negatywny i mobilizuję wyborców PiS”. Uważam, że to trzeźwa analiza, a między wierszami trudno nie dopatrzeć się poparcia dla kandydatury Władysława Kosiniaka-Kamysza. Problem z Kosiniakiem-Kamyszem jest taki, że w mojej ocenie – i tu zgadzam się też z Donaldem Tuskiem – on byłby najtrudniejszym konkurentem dla prezydenta Dudy, ale jednocześnie ma najmniejsze szanse ze wszystkich kandydatów opozycji, by w tej drugiej turze się znaleźć.

To może Małgorzata Kidawa-Błońska?

Małgorzata Kidawa-Błońska nie odbierze Andrzejowi Dudzie żadnego wyborcy. Nie może też liczyć na poparcie elektoratu Konfederacji. Myślę, że przy alternatywie Andrzej Duda – Małgorzata Kidawa-Błońska podzieliłby się nawet elektorat PSL.

To na ile pewna jest dzisiaj reelekcja Andrzeja Dudy?

Sondaże, zarówno te przedwyborcze, jak i dotyczące poziomu zaufania do polityków, pokazują, że jest faworytem. Dowiódł, że wspaniale sprawdza się w kampanii. Do wyborów jednak jeszcze pół roku, w polityce to cała epoka.

A co z prezesem NIK Marianem Banasiem?

Czekamy na ujawnienie raportu CBA. Jeżeli służby zgłoszą zastrzeżenia do jego oświadczeń majątkowych, będziemy od niego oczekiwali dymisji. Co zrobić, jeśli tej dymisji odmówi? Na to pytanie odpowiedzieć muszą konstytucjonaliści, ale jesteśmy zdeterminowani, by w takiej sytuacji doprowadzić do jego odwołania. Na czele NIK musi stać osoba o nieposzlakowanej opinii.

Co będzie załatwione w pierwszym rzucie, gdy powstanie rząd?

Na pewno zrealizujemy obietnice z kampanii europejskiej i parlamentarnej. Co do innych spraw na razie jesteśmy na etapie uzgodnień programowych. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że w pierwszej kolejności należy zająć się kwestiami dotyczącymi gospodarki i energetyki. Zawieszenie cen prądu obowiązuje tylko do końca roku. Musimy też przyspieszyć z realizacją unijnych zobowiązań dotyczących ochrony środowiska. Poza tym każde z ministerstw ma swoją agendę. Generalnie trzeba skupić się na pobudzaniu wzrostu gospodarczego, sprawności działania państwa i jakości usług publicznych. A z drugiej strony unikać wszystkiego, co zmniejszałoby szansę na reelekcję prezydenta Dudy.

Czeka nas półroczne ocieplenie, nie będzie ustaw sądowych czy innych, które mogą antagonizować wyborców?

Nie jest tajemnicą, że w obrębie obozu rządowego formułowane są różne koncepcje. Są tacy, którzy uważają, że należy przyspieszyć i wskazują, że Andrzejowi Dudzie zwycięstwo może zapewnić połączenie elektoratów Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji. Moja diagnoza jest odmienna – uważam, że powinniśmy wygaszać spory polityczne i zwracać się w większym stopniu niż w ostatnich miesiącach do wyborców z większych i średnich miast.

Na ile PiS stracił w tych wyborach głosy drobnych przedsiębiorców, np. na rzecz PSL, który mówił o dobrowolnym ZUS-ie?

Ta diagnoza wymaga fachowego zbadania. Na podstawie wyrywkowych obserwacji i intuicji mam jednak wrażenie, że drobni przedsiębiorcy, którzy głosowali w 2015 r. na Zjednoczoną Prawicę, masowo odwrócili się od nas. To dotyczy także przedstawicieli wolnych zawodów czy osób wystraszonych zapowiedzią likwidacji trzydziestokrotności. Chodzi o szeroko rozumianą klasę średnią. Idę o zakład, że obniżyło to nasz wynik o 2–3 proc. Ktoś może powiedzieć: i co z tego, i tak wygraliśmy. To prawda, można wygrać wybory, przegrywając w dużych i średnich miastach. Pytanie, czy na dłuższą metę da się bez klasy średniej rządzić skutecznie? To najbardziej kreatywna część społeczeństwa. Sprawność funkcjonowania państwa wymaga wprzęgnięcia klasy średniej w program modernizacji Polski, który realizuje Zjednoczona Prawica.

Jak to robić?

Prostych recept nie ma. Budowa zaufania klasy średniej do naszego obozu musi potrwać. Ale mamy przed sobą cztery lata rządów i ten cel da się osiągnąć. Zacząłbym od wycofania się z pewnych rozwiązań, jak likwidacji trzydziestokrotności. Cały świat walczy o talenty, a my mielibyśmy je z Polski wypychać?

Ale to oznacza 5 mld dziury w budżecie na 2020 r.

Trzeba przeanalizować, czy nie da się zmniejszyć wydatków lub zwiększyć innych dochodów. W ostateczności uważałbym to za mniejsze zło niż likwidację trzydziestokrotności. Pomijając bowiem groźbę utraty talentów, taki ruch prowadziłby do ukrytego długu publicznego, który musielibyśmy zacząć spłacać za kilkanaście lat. Jestem przeciwnikiem zadłużania się przez nasze pokolenie na koszt naszych dzieci i wnuków.

To może trzeci próg podatkowy na poziomie 150 tys. zł rocznego dochodu, jak wynikałoby z likwidacji trzydziestokrotności?

Nie namówi mnie pan na podnoszenie podatków. Można natomiast rozpocząć prace nad zmianą systemu ubezpieczeń społecznych i wprowadzeniem emerytury obywatelskiej. Takie rozwiązanie jest obecne nie tylko w programie Porozumienia, ale także, co mnie zaskoczyło, Lewicy.

Tylko co wtedy z systemem emerytalnym i zobowiązaniami wobec pracujących obecnie osób, które odprowadzają swoją składkę?

Przy obecnym systemie emerytalnym w 2050 r. połowa Polaków będzie miała emerytury na poziomie minimalnego świadczenia. Dlatego nie można zwlekać z szukaniem rozwiązań, które uchronią nas przed czarnym scenariuszem Polski jako kraju skrajnie biednych emerytów. W te rozmowy musi być także włączona opozycja, bo to problem długofalowy. Emerytura obywatelska połączona z zachętami do dodatkowego oszczędzania to jedno rozwiązanie. Ale eksperci Porozumienia proponują też inne. Przekazywanie części lub całości PIT osób o najniższych zarobkach do ZUS jako składkę, by ich emerytury były wyższe.

Rozumiem, że jesteśmy na emerytalnym rozdrożu – albo emerytura obywatelska i kłopot z tym, co zrobić z odłożonymi w ZUS pieniędzmi, albo upowszechnienie składek emerytalnych, co dodatkowo będzie zachęcało do aktywności zawodowej.

W tej kadencji trzeba podjąć wiele innych długofalowych kwestii. To choćby rozwiązanie problemu nadmiernego opodatkowania pracy, politykę imigracyjną, uporządkowanie systemu wsparcia rodzin, reformę systemu pomocy społecznej czy urzędów pracy. W polityce społecznej powinniśmy iść w kierunku rozwoju usług publicznych zamiast dalszych transferów. Osobny wielki obszar wyzwań to gospodarka: konieczność zwiększenia produktywności przez wyższe inwestycje prywatne czy dalsze rozwijanie warunków zwiększających szanse na wdrożenie przełomowych innowacji przez polskie firmy. Mówiąc w skrócie: po kadencji dużych transferów społecznych powinniśmy koncentrować się na gospodarce i podnoszeniu jakości instytucji sektora publicznego.

>>> Czytaj też: Polska drugą Japonią dla Toyoty. Dwie kluczowe inwestycje giganta nad Wisłą