Na wstępie muszę jasno napisać, że nie znoszę porównywania platform społecznościowych do wódki i papierosów, bo uważam je za nietrafne i mocno mylące. Palenie papierosów jest obiektywnie szkodliwe – i pozostanie takie niezależnie od stosowanych technologii. Używanie social mediów nie musi takie być. To pierwsza, fundamentalna, różnica.

Druga jest taka, że w rosnącej powszechnie świadomości tego, że wiele mechanizmów i treści w internecie ewidentnie ludziom szkodzi lub może szkodzić, zbyt często ogranicza się źródła tego zła właśnie do social mediów (sm), a tymczasem zło panoszy się także w najpopularniejszych komunikatorach internetowych, forach dyskusyjnych czy serwisach topowych gier. Patologiczne mechanizmy algorytmów mogą działać wszędzie – a to dlatego, że cyfrowy świat podlega zupełnie innym prawidłom niż realny i – o czym pisałem wielokrotnie - pozbawiony jest wielu, naturalnych w realu, regulacji. To otwiera pole nie tylko dla oszustów, ale też dla chciwców zbijających fortuny na szerzeniu nienawiści i ludzkim nieszczęściu.

Dlatego mówiąc o szkodliwym wpływie cyfrowego świata na młode umysły czy demokrację nie powinniśmy się ograniczać do próby uregulowania czy zakazywania social mediów. Musimy patrzeć szerzej, dostrzegając konsekwencje różnych działań i zaniechań, tak jak to robią Magda Bigaj, Sylwia Czubkowska czy Katarzyna Szymielewicz z Panoptykonu.

Ława przysięgłych w Mieście Aniołów: social media celowo uzależniają dzieci

Krytycy obecnej wolnej amerykanki nie mają wątpliwości, że wyrok sądu w Los Angeles z 25 marca może być punktem zwrotnym w historii cyfrowego świata. Przysięgli stwierdzili, że algorytmy platform społecznościowych - Instagramu, Facebooka i YouTube’a - zostały zaprojektowane w celu uzależniania dzieci od sm i uznali ich właścicieli (Metę i Google) za winnych wszystkich zarzutów w sprawie. A chodziło, przypomnijmy, o celowe uzależnienie młodej, obecnie 20-letniej kobiety, mające potężny wpływ na pogorszenie jej zdrowia psychicznego.

W opinii sądu, bóg techy wiedziały, że ich rozwiązania są niebezpieczne i nie ostrzegły przed tym użytkowników, czym spowodowały poważne szkody u powódki. Młoda kobieta wraz z matką pozwała Metę (właścicielkę FB), YouTube (będący własnością Google), Snapa oraz TikToka o doprowadzenie jej do rozwoju stanów lękowych, dysmorfofobii oraz myśli samobójczych. Dwie ostatnie platformy zawarły z powódką ugodę przedprocesową. Meta i Google poszły na wojnę przekonując o skuteczności swoich działań i narzędzi bezpieczeństwa (jak kontrola rodzicielska) mających na celu ochronę młodych użytkowników i podważając zarzut, że ich sm mogą uzależniać. Mimo to – przynajmniej na razie – poległy: mają zapłacić Kalifornijce kilka milionów dolarów odszkodowania za wyrządzone szkody oraz odszkodowanie karne.

Powie ktoś, że dla gigantów koszących co roku setki miliardów dolarów, to marne grosze. Przysłowiowe „na waciki”. Ale w anglosaskim systemie prawnym, bazującym na precedensach, sprawa ta uchodzi za przełomową.

Na to liczą rodziny twierdzące, że ich dzieci zmarły lub poniosły szkody za sprawą patologicznych mechanizmów funkcjonowania platform społecznościowych, oraz wspierające rodziców organizacji żądające od ponad dekady skutecznych zabezpieczeń i realnej ochrony młodych ludzi przed zabójczym wpływem sm. Przedstawiciele tego coraz liczniejszego środowiska zjechali na ogłoszenie wyroku w LA z całych Stanów. Większość z nich uważa, że Kongres powinien przyjąć regulacje, które zmuszą bóg techy do pożądanych działań.

To paradoks, bo w to samym czasie Donald Trump, który całkiem otwarcie reprezentuje w świecie interesy rodzimych gigantów technologicznych, grozi brutalnym odwetem krajom Unii Europejskiej oraz wszystkim innym, które odważyłyby się w jakikolwiek sposób regulować i ograniczać funkcjonowanie amerykańskich sm.

1500 pozwów przeciwko bóg techom w USA

Topowe zachodnie media, od „Financial Times” po „Guardiana”, komentują, że wyrok z LA może być zaczątkiem całej serii porażek bóg techów. Brytyjski dziennik przypomina, że dzień wcześniej w innym procesie, w Nowym Meksyku, sąd zobowiązał Metę do zapłaty 375 mln dolarów kar, a w toku jest 1500 kolejnych spraw – bliźniaczo podobnych do kalifornijskiej. Nad wspieranymi żarliwie przez Donalda Trumpa gigantami zawisło widmo astronomicznych kar.

Realiści podkreślają, że właściwie tylko finansowe sankcje mogą zmusić cynicznych i chciwych potentatów do jakichkolwiek działań. Zwłaszcza że klimat wokół sm wyraźnie się zmienił i coraz mniej opłaca się gigantom iść w zaparte. Ba, pojawiły się wewnętrzne napięcia i presje. Przykładowo: prezes Pinteresta wyraził opinię, że trzeba wprowadzić zakaz mediów społecznościowych dla młodzieży poniżej 16 lat…

Działacze organizacji rodzicielskich podkreślają, że niezbędne są systemowe regulacje i ograniczenia, a może nawet nakazy i zakazy podobne do tych, jakie obowiązują w innych potencjalnie uzależniających sektorach – alkoholowym czy tytoniowym. Coraz więcej użytkowników internetu zaczyna rozumieć, że zwrot „media społecznościowe” jest jednym z najsprytniejszych oszustw w historii. De facto bowiem sm nie były nigdy projektem mającym na celu swobodną wymianę poglądów i dzielenie się informacjami, tylko przedsięwzięciem czysto biznesowym, nastawionym na maksymalizację zysku. Z tego powodu bezpieczeństwo użytkowników zawsze znajdowało się na bardzo odległym planie, przegrywając z fundamentalnym celem, jakim jest zwiększanie zasięgu i ludzkiego zaangażowania – bez oglądania się na społeczne i ekonomiczne koszty.

James Steyer, szef Common Sense Media, przypomniał w komentarzu dla CNN, że szefowie bóg techów są od lat w pełni świadomi owych kosztów, bo przeprowadzili szereg badań, które jednoznacznie potwierdziły, że dzieci masowo korzystają z sm i są przez to narażone na wielorakie szkody. Zwyciężyła żądza zysku.

Big Tech jak Big Tobacco? Śladem koncernów tytoniowych

Media w USA i Europie coraz chętniej porównują akcje i sprawy sądowe przeciwko gigantom technologicznym z głośnymi, a morderczymi kampaniami społecznymi i procesami sądowymi przeciwko koncernom tytoniowym, jakie toczyły się w Stanach od połowy XX wieku. Potentaci przez dekady unikali odpowiedzialności, korumpując naukowców i decydentów oraz cynicznie, a skutecznie dezinformując opinię publiczną w kwestii szkodliwości palenia i uzależniającego działania nikotyny. W ramach sektorowej zmowy prowadzili zmasowane kampanie promocyjne, za sprawą których w pewnym momencie nałogowi palenia uległo większość dorosłych Amerykanów i Europejczyków.

Pierwsze pozwy przeciwko koncernom tytoniowym trafiły do sądów po II wojnie światowej, ale aż do lat 80. giganci bez problemu wygrywali wszystkie procesy, argumentując, że to sami palacze decydują o sięgnięciu po używki, a związek między paleniem a rakiem nie został jednoznacznie dowiedziony. Koncerny stosowały strategię całkowitego zaprzeczania i siania wątpliwości. Sytuacja uległa zmianie dopiero pod koniec XX wieku, kiedy do opinii publicznej trafiły wewnętrzne dokumenty koncernów świadczące o tym, że szefowie firm już w latach 60. XX wieku doskonale wiedzieli o rakotwórczości i uzależniającym działaniu nikotyny. W efekcie ujawnienia tych danych, w 1998 r. doszło do największej ugody cywilnej w historii USA - Master Settlement Agreement: cztery czołowe koncerny, zwane Big Tobacco, zgodziły się zapłacić 206 miliardów dolarów w ciągu 25 lat stanom USA na pokrycie kosztów leczenia chorób odtytoniowych. Ugoda obejmowała także zakaz kierowania reklam do nieletnich. W efekcie zaczęto wprowadzać coraz surowsze regulacje i liczba palaczy zaczęła spadać.

Osiem lat później sędzia Gladys Kessler z Sądu Federalnego Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie uznała firmy tytoniowe za winne wieloletniego oszukiwania opinii publicznej i konspiracji; wymusiło to m.in. zmiany w marketingu (w tym zakaz używania określeń "light" czy "mild"). W 2012 – po wieloletnim procesie wytoczonym przez rząd USA tytoniowym potentatom - ta sama sędzia Kessler nakazała koncernom Altria Group Inc.’s (część Philip Morris), R.J. Reynolds Tobacco Co. oraz Lorillard Tobacco Co. zapłacić z własnych pieniędzy za kampanię społeczną informującą, że przez lata wprowadzały one społeczeństwo w błąd nie informując o szkodliwości palenia. Przykładowe ogłoszenie brzmiało: "Firmy tytoniowe celowo oszukiwały amerykańskie społeczeństwo o skutkach palenia tytoniu co najmniej od 1964 roku", a inne - "Palenie zabija średnio 1200 Amerykanów każdego dnia, a firmy celowo projektują papierosy tak, aby były jeszcze bardziej uzależniające".

Dostrzegacie podobieństwa? Prawnicy obserwujący dynamikę cyfrowego świata zauważają, że w przypadku Big Techu może być podobnie: cyfrowe koncerny także stosują strategię zaprzeczania i siania wątpliwości, kupują ekspertów i komentatorów, w tym naukowców i dziennikarzy, blokują lub ukrywają w swoich mediach i platformach wszelkie informacje i komentarze dotyczące ich odpowiedzialności za szkody wyrządzane przez sm, a zwłaszcza przemoc i samobójstwa dzieci. Mechanizmy te opisała szczegółowo Sylwia Czubkowska w swej znakomitej książce „Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem”.

Społeczny bunt przeciwko tej uzurpatorskiej oligarchicznej władzy oraz coraz powszechniejsza świadomość jej zgubnych konsekwencji zdają się jednak narastać, co musi nieuchronnie doprowadzić do podobnego przesilania, jak w przypadku Bóg Tobacco u schyłku XX wieku – tyle że szybciej. Paradoksalnie mogą się do tego przyczynić same… social media. Wprawdzie Ich algorytmy (delikatnie rzecz ujmując) nie sprzyjają debacie na ten temat, ale – jak wynika z licznych doświadczeń – nie są jej w stanie całkiem zatrzymać.

A krople drążą skałę.

Kto odpowiada za treści w internecie

Eksperci zwracają uwagę, że zarówno administracja Donalda Trumpa, jak obecne prawo w Ameryce, silnie chroni właścicieli platform społecznościowych przed odpowiedzialnością za publikowane w sm treści. Właśnie z tego powodu w procesie w Los Angeles prawnicy powódki skupili się na mechanizmach służących uzależnieniu młodych ludzi, a nie samych treściach, na jakie narażeni są odbiorcy.

Tymczasem coraz więcej krytyków bóg techów podkreśla z naciskiem, że kluczem do rozwiązania narastającego problemu jest właśnie konstruktywna debata o odpowiedzialności za publikowane treści i rozsądne uregulowanie tego obszaru. Warto przy tym zacząć od obalenia podstawowego mitu, jakim posługują się władcy sm: że ich platformy służą wymianie informacji i opinii między użytkownikami. To ewidentna nieprawda.

W postepowaniu antymonopolowym prowadzonym przez Federalną Komisję Handlu (FTC) przeciwko platformom Mety, sam bóg tech przyznał, że tylko 7 proc. treści pokazywanych nam na Facebooku i Instagramie pochodzi od naszych znajomych lub obserwowanych przez nas kont, a reszta, czyli 93 proc., stanowią całkiem obce nam materiały podsuwane przez algorytm. W jakim celu?

To kluczowe pytanie. Wszyscy domyślamy się, a właściwie wiemy, że chodzi o tłuczenie kasy i maksymalizację zysków. Za wszelką cenę. Nawet jeśli jest to cena życia. Narracja Big Techu jest dziś na tym samym etapie, co opowieści Big Tobacco w drugiej połowie XX wieku: to sam użytkownik decyduje o tym, z czego korzysta i jak tego używa.

Ale my już doskonale wiemy – bo mamy dowody – że to nieprawda. Zwłaszcza w przypadku młodych. Media społecznościowe są jak świnka morska – nie są ani mediami, ani tym bardziej nie są społecznościowe. To biznes contentowy, w którym nie chodzi o budowanie więzi społecznych, ani nawet ułatwianie kontaktu międzyludzkiego, tylko dystrybucję (nie) przypadkowych treści, których jedynym celem jest maksymalizacja czasu spędzanego przez nas w danej aplikacji.

Pytanie, co my z tą wiedzą zrobimy.