Wyjąwszy zazwyczaj anonimowych hejterów, pozbawionych kultury i rozsądku, albo niemądry materiał w telewizyjnych „Wiadomościach”, w przestrzeni publicznej zapanowały żal, refleksja i współczucie. W tym duchu utrzymane były też komentarze polityków, w tym także liderów politycznych i osób sprawujących władzę: prezydenta, premiera, ministra spraw wewnętrznych.

Zabójstwo prezydenta Gdańska nie stało się też – jak by mogło? – polityczną walutą, przynajmniej nie w oficjalnym obiegu. Niczego innego oczekiwać chyba nie było można. Są przecież granice, których się nie przekracza. Są zasady, których należy przestrzegać i wymagać. Niezależnie od tego, czy pewne działania były podyktowane kalkulacją czy wrażliwością (lub jednym i drugim), dobrze się stało, że obowiązki komisarza Gdańska przejęła dotychczasowa wiceprezydent. Właściwym ruchem jest też rezygnacja partii rządzącej z wysuwania kandydata w wyborach uzupełniających w Gdańsku.

Sprawujący władzę, poruszający się dotąd często w sferze komunikacji ze zręcznością słonia w składzie porcelany, tym razem – mimo oczywistej i z wielu przyczyn wynikającej presji – wznieśli się ponad tę swoją słabość. Parlament godnie uczcił wczoraj Pawła Adamowicza. Ale na sali zabrakło m.in. prezesa PiS i wicemarszałków Sejmu z ramienia tej partii. Usłyszeliśmy, że przez przypadek. Być może. Jednak grawitacja znowu zadziałała, a słoń z przytupem znalazł się tam, gdzie był. W takiej chwili naprawdę nie powinien.

>>> Czytaj też: Czy rany po morderstwie prezydenta Gdańska mogą się zabliźnić? Znaleźliśmy się w momencie przełomowym