„Wszyscy jesteśmy częścią życia, które niegdyś powstało z naszej planety. Nasze ciała składają się z atomów utworzonych w chwili, kiedy rodził się wszechświat.” Tak Anja Røyne, norweska fizyczka, badaczka Uniwersytetu w Oslo, rozpoczyna swoją opowieść o tym, co – z chemicznego punktu widzenia – łączy telefony komórkowe, okna i… ludzi. I skąd biorą się kluczowe pierwiastki, z których powstają przedmioty, żywność i my sami. Badaczka w bardzo przystępny i dowcipny sposób przedstawia historię, jak złoto, żelazo, aluminium, węgiel, czy wapń wpłynęły na kulturę cywilizacji. Szczegółowe wyjaśnienie zjawisk fizycznych i chemicznych jest jednak w książce „Z czego zrobiony jest świat” głównie pretekstem do tego, aby poruszyć coraz bardziej nurtujący nas problem: czy – i kiedy – zasoby naturalne, z których stale (w różnej formie) czerpiemy, mogą się skończyć. I jakie będą tego konsekwencje dla ludzkości i całej planety.

"Z każdą toną wyprodukowanego metalu żelaznego powstaje około pół tony dwutlenku węgla, co na dłuższą metę stanowi jeszcze większe zagrożenie dla ekosystemów niż wycinka lasów."

Konsekwencje, na razie, wynikają przede wszystkim z samej szkodliwości wydobycia, przetwarzania i wykorzystania (w tym spalania) cennych minerałów, co doprowadziło już choćby do globalnego ocieplenia. Autorka koncentruje się jednak na mniej znanych i oczywistych przykładach. Opisując np. szkodliwość wydobycia w kopalniach odkrywkowych złota – jednego z najważniejszych w gospodarce pierwiastków (wykorzystywanego m.in. do produkcji elektroniki). Przez lata, do przetworzenia złota w sztabki używano toksycznej rtęci. Współcześnie, większość firm wydobywczych przeszła na stosowanie bezpieczniejszego, choć równie toksycznego cyjanku. W uważanym za największą katastrofę ekologiczną w Europie wypadku w rumuńskiej kopalni w 2000 r., doszło do rozszczelnienia tamy w zawierających roztwory cyjanku zbiorniku odpadów przy kopalni. Doprowadziło to do skażenia wody pitnej milionów ludzi oraz śmierci niemal wszystkich żywych organizmów w zanieczyszczonych rzekach.

Takich historii, dotyczących fatalnych skutków wydobycia różnych zasobów, autorka przytacza dziesiątki. Jednocześnie opisując ciekawe, mało znane powiązania między różnymi problemami ekologicznymi związanymi z wykorzystaniem minerałów. Mało kto zdaje sobie bowiem np. sprawę z tego, że przekształcanie rudy żelaza w najistotniejszy dla naszej cywilizacji metal wymagało wpierw zużycia ogromnych ilości drewna (przekształcanego w węgiel drzewny), co doprowadziło do ogromnego wylesienia, a współcześnie – wymaga węgla kopalnego. Podobnie, ogromne nakłady węgla i energii niezbędne są do wydobycia metalu z rudy miedzi. Z każdą toną wyprodukowanego metalu żelaznego powstaje około pół tony dwutlenku węgla, co na dłuższą metę stanowi jeszcze większe zagrożenie dla ekosystemów niż niegdysiejsza wycinka lasów.

Niewyczerpywalne źródło

Reklama

Co w książce szczególnie wartościowe, autorka rozprawia się z wieloma mitami i błędnymi pojęciami. Jednym z takim mitów jest to, że jakiekolwiek zasoby mogą się „wyczerpać”. „Nie możemy Ziemi zużyć” – podkreśla Røyne. Zresztą „zużyć” nie jest odpowiednim określeniem. To, co mamy na Ziemi pozostanie, może z wyjątkiem najlżejszych gazów. Jak helu, który po zużyciu znika w kosmosie. Ale całe żelazo, aluminium złoto i węgiel, których używamy do produkcji rozmaitych rzeczy i z których zbudowane jest nasze ciało, biorą udział w różnych procesach, ale pozostają na zawsze w Ziemi. Problem z pojęciem „wyczerpywania się” zasobów bierze się w dużej mierze z błędnego pojmowania pojęcia rezerw. Rezerwy są bowiem wyłącznie zbiorem danych dostarczanych przez koncerny wydobywcze, które są zobowiązane prawnie do publikowania dokumentacji na temat tego, ile danego surowca spodziewają się wydobyć w swoich kopalniach.

Bazując na takich szacunkach, można np. stwierdzić, że zużyjemy wszystkie dostępne rezerwy żelaza przed upływem… 28 lat. Rezerwy mówią nam zatem jedynie o tych złożach, które przedsiębiorstwa spodziewają się wydobyć na określonym terenie. Nie uwzględniają złóż, które nie zostały odnalezione, albo których wydobycie byłoby na chwilę obecną nieopłacalne, bądź kontrowersyjne z punktu widzenia ochrony środowiska. Realnych zasobów wszelkich minerałów nikt nie jest w stanie oszacować. A i tak, teoretycznie, są… niewyczerpywalne.

„Tak naprawdę, obieg zamknięty planety mógłby samodzielnie zadbać o to, aby oczyścić, zebrać i przygotować wszystko do wykorzystania po raz kolejny. Gdybyśmy tylko mieli czas zaczekać. Ale nie mamy go w każdym przypadku” – podkreśla autorka.

"Realnych zasobów wszelkich minerałów nikt nie jest w stanie oszacować."

Potrzeba by milionów lat, by przyroda zdołała np. ponownie zgromadzić wszystkie atomy żelaza, które rozproszyły się za sprawą człowieka po lądach i oceanach, a następnie utworzyć z nich złoża nadające się do wydobycia. Większość wydobywanego przez nas żelaza wywodzi się z okresu kluczowych zmian w historii, kiedy żywe organizmy zaczęły produkować tlen. Nie możemy liczyć na podobne wydarzenia w przyszłości. Kiedy obieg zwolni, surowce staną się dla nas praktycznie nieodnawialne. To, co wykorzystaliśmy, utraciliśmy i nie powróci. I w tym leży problem.

Recykling i OZE nie są idealne

Z tym problemem gospodarki mierzą się już na różne sposoby. Co również ze szczegółami opisuje Anja Røyne i krytycznie analizuje. Pewne jest, że jeśli będziemy kontynuować produkcję coraz większej liczby coraz bardziej skomplikowanych urządzeń i komputerów, trzeba będzie wynaleźć nowe i skuteczniejsze metody odzyskiwania pierwiastków po ich zużyciu. Póki co, do punktów recyklingu trafia globalnie np. ponad 60 proc. wyrzucanego aluminium. O ile metale zasadniczo doskonale nadają się do odzyskiwania, o tyle sytuacja jest już bardziej skomplikowana w przypadku plastiku, którego chcielibyśmy akurat w środowisku mieć jak najmniej… Problemem jest m.in. to, że kiedy polimerowe łańcuchy raz się połączą w sieć, trudno je rozdzielić, żeby powróciły do pierwotnego stanu. Co więcej, w jednym plastikowym produkcie może być wiele rodzajów polimerów o różnych właściwościach i nie da się ich po prostu wymieszać. Paradoksalnie, jak uważa Røyne, najlepszym rozwiązaniem bywa spalanie zużytego plastiku i zamiana na energię.

Innym sposobem na ograniczanie zużycia surowców miał być rozwój technologii umożliwiający budowanie coraz mniejszych urządzeń. Ale miniaturyzacja też ma swoją cenę. Musi m.in. odbywać się w sterylnych warunkach, co wymaga zaawansowanych systemów wentylacyjnych i filtrujących, a to z kolei pochłania ogromne nakłady energii. Energia wykorzystywana obecnie w procesach separacji chemicznej – nie tylko z myślą o produkcji elektroniki – to ok. jednej trzeciej energii wykorzystywanej łącznie w sektorze transportowym na całym świecie.

"Do punktów recyklingu trafia globalnie ponad 60 proc. wyrzucanego aluminium."

Røyne rozprawia się również z mitem, że idealnym rozwiązaniem problemu rosnącego zapotrzebowania na energię i paliwo jest korzystanie z odnawialnych źródeł energii czy rezygnacja z samochodów spalinowych. Produkcja turbin wiatrowych, paneli fotowoltaicznych czy baterii do elektrycznych aut wymaga zużycia ogromnych ilości rzadkich minerałów, których wydobycie również jest szkodliwe dla środowiska, bądź – jak w przypadku kobaltu – ze względu na dostępność ograniczone do krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi. Nawet wodór nie jest rozwiązaniem dla wszystkich problemów związanych z dostępem do energii.

Na pierwiastkach rzadkich, jak gal, selen, tellur, ind, oparta jest produkcja elektroniki i m.in. paneli fotowoltaicznych. Ich dostępność jest już teraz ogromnym wyzwaniem, a recykling jest bardzo trudny i, jak na razie, nieopłacalny. Jednocześnie, kopalne źródła energii (te możliwe do wydobycia) powoli zanikają i są głównym powodem globalnego ocieplenia. Ale nie jesteśmy jeszcze wcale bliscy zastąpienia wszystkich elektrowni węglowych odnawialnymi źródłami energii – nie wspominając nawet o energii koniecznej do napędzania przemysłu, transportu i produkcji żywności. Trzeba działać, i to szybko. Pytanie tylko – jak?

Autorka poddaje analizie konkretne alternatywy dla wykorzystania niektórych surowców. Jak biodegradowalny plastik z roślin, modyfikowanie materiału genetycznego prostych organizmów, aby produkowały określone substancje chemiczne do projektowania części elektronicznych. Czy produkcję biopaliw przez hodowanie glonów w zbiornikach na mocno nasłonecznionych terenach. Problem w tym, że żadnych z tych rozwiązań nie udało się dotychczas wdrożyć z powodzeniem na większą skalę. I tak się nie stanie dopóki wciąż dużo tańsze i bardziej dostępne jest korzystanie ze „starych” zasobów naturalnych.

Paradoks bez wyjścia

Pewne jest, co przyznaje autorka, że zużycie zasobów naturalnych nie może wzrosnąć, inaczej będziemy dążyli ku kryzysowi ekologicznemu, niestabilności społecznej, wojnie i nędzy. Jednocześnie, gospodarka musi rosnąć, inaczej czeka nas kryzys gospodarczy, niestabilność społeczna, wojna i nędza. Nasza gospodarka oparta jest na wzroście. Wielu uważa, że alternatywą dla wzrostu nie jest stagnacja, ale całkowita zapaść. Przyszłość ludzkości jest uzależniona jednocześnie od wzrostu i jego braku. A jednego i drugiego jednocześnie mieć nie możemy. Wydaje się to być paradoksem bez wyjścia. Może ludzkość jest więc skazana na niepowodzenie? Czy najlepsze, co możemy zrobić w tej sytuacji, to gonić pełną parą naprzód, jeść ciastka i odwracać wzrok do czasu, aż zderzymy się ze ścianą? Nie możemy zmienić tego, w jaki sposób działa fizyka i biologia, ale ekonomia jest ludzkim tworem. To my ustaliliśmy jej zasady i również my możemy je zmienić. Nasz system gospodarczy dał nam życie lepsze niż mieli nasi przodkowie, ale teraz jesteśmy zmuszeni znaleźć jeszcze korzystniejsze wyjście, jeśli chcemy dobrego życia również dla naszych potomków.

"Kopalne źródła energii (te możliwe do wydobycia) powoli zanikają i są głównym powodem globalnego ocieplenia."

Bez względu na to, jak wielkim wyzwaniom musimy stawić czoło na Ziemi, przedstawiane przez autorkę alternatywne wyjścia zdają się być o wiele trudniejsze. Jeśli pewnego dnia chcemy rozwinąć technologie związane z wytwarzaniem energii, pozyskiwać surowce z kosmosu albo wysyłać ludzi na inne planety, najpierw będziemy musieli jeszcze przez wiele dziesięcioleci albo i stuleci utrzymać bogate i rozwinięte społeczeństwo tu na Ziemi. Mówi się o tym, że ze spalania węgla i ropy przez elektrownie i pojazdy klimat zmieni się do tego stopnia, że w bliskiej przyszłości wiele obszarów na naszym globie nie będzie się dłużej nadawało do zamieszkania.

Autorka przyznaje się w książce wprost do własnej bezradności, którą może podzielić wielu z nas: „Jaka jest moja rola w tym scenariuszu? Czy mogę zrobić coś, żeby w namacalny sposób sprawić, by świat rozwijał się w lepszym kierunku? Dopiero kiedy wszyscy wreszcie zrozumiemy, w jaki sposób powstawanie przedmiotów, żywności, a także nas samych może być jednocześnie niezwykłe, ale i katastrofalne, możemy zabrać się za poszukiwanie rozwiązań, które będą miały realne znaczenie dla przyszłych pokoleń.

Magdalena Krukowska

Źródło nieznane