Z Jerzym Friedigerem, dyrektorem Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego SPZOZ w Krakowie rozmawia Paulina Nowosielska

Czy problemem w walce z pandemią jest za małe zaangażowanie personelu medycznego i „brak woli części środowiska”, jak to widzi np. Jacek Sasin?

Pełnienie najwyższych funkcji w państwie nie zwalnia z myślenia i odpowiedzialności za słowa.

Co pan przez to rozumie?

Dokładnie to, co powiedziałem: stawiając takie diagnozy, trzeba mieć minimalne oparcie w faktach. W tym celu zapraszam na SOR naszego szpitala. Pan wicepremier może tu zdobyć cenne obserwacje, które powinny skłonić go do refleksji. Zresztą analogicznie jest w każdej innej placówce, do której trafiają dziś pacjenci z COVID-19.

Reklama

Wicepremier zdiagnozował też przyczyny niewłaściwej postawy części personelu. Strach. A strach, choć naturalny, jego zdaniem w środowisku lekarskim występować nie powinien.

To, że lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni z uporem powtarzają, iż potrzebują odpowiednich warunków do pracy, w tym zabezpieczenia, nie jest przejawem strachu, tylko odpowiedzialności. Nie spotkałem się ani razu w ciągu ostatnich miesięcy z postawą, że ktoś odmówił wykonywania obowiązków z obawy przed zakażeniem.

Pan się boi?

Oczywiście, że tak. Nikt nie chce chorować. Nikt nie chce być wyłączony z aktywności zawodowej. Ale jestem w szpitalu, nie zamierzam uciekać.

Najwyraźniej są też tacy, którzy się nie boją. Mówią, że pandemia jest wyolbrzymiona, że więcej osób umiera na grypę, a za rzekomą walką z koronawirusem postępuje zamach na nasze swobody obywatelskie

Zawsze znajdą się ludzie o skrajnych poglądach. Nagłaśnianie koronasceptycznych postaw nie ma sensu i jest niebezpieczne. Dlatego proszę zwolnić mnie z komentowania tego, co mówią głupcy.

Na początku pandemii największym problemem dla personelu medycznego był brak środków ochrony osobistej, płynów do dezynfekcji. Dziś politycy mówią, że te środki są.

Dziś? Owszem, mogę powiedzieć, że jesteśmy zabezpieczeni na ok. dwa tygodnie i przy obecnej sytuacji epidemicznej. Ale żeby pracować bezpiecznie, móc cokolwiek zaplanować, powinienem mieć gwarancję na dwa, trzy miesiące. Jednak teraz innym palącym problemem stały się finanse. Doszliśmy do granicy absurdu. Muszę się upominać w NFZ o pieniądze dla szpitala, których nie mam, a które powinienem wypłacić pracownikom np. w ramach dodatków zakaźnych za pracę z pacjentami zakażonymi. Główny ciężar walki z COVID-19 ponoszą szpitale, które nie dostały w związku z tym tych dodatkowych gór pieniędzy, ale właściwie niemal żadnych pieniędzy, o których się głośno mówi. Nie mogę być niesprawiedliwy – otrzymaliśmy naprawdę duże kwoty od prezydenta Krakowa, wojewody, marszałka z przeznaczeniem na sprzęt i środki ochrony osobistej. Natomiast na działalność bieżącą z NFZ każda kwota, którą dostaliśmy jako tzw. ryczałt covidowy, została nam przez NFZ odliczona z ryczałtu podstawowego. Bilans musi wyjść na zero – co dostaliśmy, trzeba zabrać. Dlatego od kilku miesięcy systematycznie zadłużam szpital, nie płacąc na bieżąco zobowiązań. Do dziś nie wiem, jak ostatecznie będzie wyglądało rozliczenie z NFZ, skoro nie możemy świadczyć tych wszystkich usług, które mieliśmy zakontraktowane. Powinienem mieć też dodatkowe środki na godziny nadliczbowe, których przybywa. Ludzie chorują, idą na kwarantannę. Zrezygnowaliśmy już nawet z codziennego podliczania, ile osób jest wyłączonych z pracy. Inni po prostu wiedzą, że muszą te dziury załatać. Żeby te problemy się zmniejszyły, szpitale włączone do walki z COVID-19 powinny mieć finansowanie wyższe o 20 proc. co najmniej. Łatwiej byłoby też o ludzi. Lekarz na kontrakcie zarabia 8–9 tys. zł. To ładnie wygląda na papierze. W praktyce, po odliczeniu składek i podatku, na rękę zostaje niewiele więcej niż połowa. Specjalista poza szpitalem bez trudu zarobi dwa razy tyle. I to bez nieustannego narażania własnego zdrowia.

Cały wywiad z przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP.