Autorzy w swojej publikacji (polski tytuł: „Niewidzialne Chiny: jak podział na obszary miejskie i wiejskie zagraża rozwojowi kraju”) podają, że tak jak obecnie Chiny, a wcześniej Tajwan i Korea Południowa kilka dekad temu, również Meksyk budował „drabinę z ubóstwa” tworząc fabryki wymagające dużej ilości, taniej siły roboczej.

Pod koniec lat 70. i 80. XX w. płace w wysokości ok. 1 dol. za godzinę przyciągnęły do kraju dużą liczbę międzynarodowych firm. Napływ jeszcze się zwiększył po przystąpieniu Meksyku do północno-amerykańskiego porozumienia o wolnym handlu NAFTA (ang. North American Free Trade Agreement), bo koncerny stawiające fabryki w tym kraju mogły bez cła eksportować swoje produkty do USA i Kanady.

Reklama

W efekcie na początku lat 90. XX w. Meksyk stał się jednym z największych na świecie producentów części samochodowych. Wzdłuż jego granicy z USA masowo produkowano także tekstylia. W tym Meksyk był jedynym rozwijającym się krajem, oprócz Chin, który wszedł do dziesiątki największych eksporterów świata. W efekcie z kraju, który w latach 60. XX w. był biedny, doszlusował w latach 90. do państw o średnim dochodzie na obywatela. Panował powszechny optymizm, że jest tylko kwestią czasu kiedy południowy sąsiad USA dołączy do krajów rozwiniętych.

Na początku lat 90. XX w. Meksyk stał się jednym z największych na świecie producentów części samochodowych.

W prasie pojawiły się porównania, że to „następca Tajwanu”. Prezydent Meksyku Carlos Salinas de Gortari, pełniący urząd w latach 1988–1994, określał wówczas dumnie swój kraj „państwem jutra”. To właśnie w tym okresie Meksyk przyjęto do organizacji OECD. I wtedy niestety cud gospodarczy zaczął się kończyć. Zapas rąk do pracy się skurczył. W efekcie płace poszły do góry, a międzynarodowe koncerny zaczęły masowo przenosić produkcję do Chin. Tylko w latach 2001–2004 Meksyk stracił na korzyść Państwa Środka 400 tys. miejsc pracy.

W ciągu zaledwie trzech lat Meksyk przestał być głównym eksporterem tekstyliów do USA, a zastąpiły go Chiny. Nazwa „Made in Mexico” coraz rzadziej pojawiała się na półkach supermarketów Walmart. Ale rezygnacja z fabryk opartych na dużej ilości taniej siły roboczej to naturalny etap rozwoju większości dzisiejszych bogatych państw. Przeszedł go Tajwan, Korea Południowa, a wcześniej Irlandia, Hong-Kong czy Singapur. Ale w Meksyku, w przeciwieństwie do tamtych państw, szybki wzrost się zatrzymał.

Kiedy koncerny zamknęły fabryki i wyniosły się do Chin, gospodarka kraju uległa stagnacji. Przez ostatnie dwie dekady wzrost gospodarczy w przeliczeniu na obywatela przekraczał niewiele 1 proc., co w efekcie doprowadziło do tego, że Meksyk wpadł w tzw. pułapkę średniego dochodu. Dlaczego tak się stało? Autorzy stawiają tezę, że główną przyczyną było słabe wykształcenie pracowników. Na początku lat 2000., gdy fabryki międzynarodowych koncernów zaczęły się zamykać, tylko 30 proc. obywateli Meksyku miało przynajmniej wykształcenie średnie, a przeciętny pracownik skończył zaledwie podstawówkę.

Na początku lat 2000. (…) tylko 30 proc. obywateli Meksyku miało przynajmniej wykształcenie średnie, a przeciętny pracownik skończył zaledwie podstawówkę.

Przedstawiciele koncernów twierdzili, że nie opłaca się budować w tym kraju firm z miejscami pracy dla białych kołnierzyków, bo nie będzie miał kto w nich pracować. A miejscowi przedsiębiorcy nie byli w stanie sami stworzyć nowych miejsc pracy. W efekcie w latach 1998–2013 zatrudnienie w sektorze nieformalnym wzrosło o 115 proc. i obecnie około połowa wszystkich pracujących Meksykanów zarabia na życie w taki sposób. Autorzy podają przykład niejakiej Feli Contreras, która mając 50 lat została w 1998 r. zwolniona z zamykanej fabryki Sony, którą koncern przeniósł do Chin. Jej jedyną opcją na zapewnienie sobie środków do życia była sprzedaż tacos na pchlim targu. Jak ma się Meksyk sprzed 20 lat do obecnej sytuacji Chin?

Zdaniem autorów Państwo Środka jest w tej chwili na tym samym etapie rozwoju, na którym Meksyk był na początku lat 2000. By to wykazać Rozelle i Hell rozpoczynają książkę od następującej anegdoty. Od lat 80. XX w., gdy jeden z autorów oprowadzał studentów, naukowców czy potencjalnych sponsorów po chińskich wioskach, zawsze zadawał to samo pytanie. Wyjmował banknot 100 juanów (wart ok. 62 zł) i pytał: „Widzicie to? Ktokolwiek znajdzie mężczyznę w wieku produkcyjnym w tej wiosce, to go otrzyma. Musi on mieć między 18 a 40 lat i być zdrowy.” I zawsze ten zakład wygrywał.

Tak było aż do 2016 r. kiedy to, ku jego zdumieniu, kolega bez problemu potrafił praktycznie wszędzie znaleźć młodych mężczyzn w pełni sił. Kiedy podeszli do jednego z nich, by dowiedzieć się co się stało, ten wyjaśnił. „Pracowałem w budowlance w Zhengzhou (stolica prowincji Henan, mieszka w niej 7 mln osób) przez kilka lat. Ale oni zamknęli moją budowę. Po prostu przestali budować już w połowie postawiony budynek. Na początku pomyślałem, nie ma problemu, tak czasami się dzieje. Znajdę inną pracę. Ale szukałem wszędzie przez tygodnie. Ale nikt nie zatrudniał nikogo. Co mogłem zrobić, poza powrotem do domu?”.

Po chwili do byłego robotnika dołączyła również jego żona i dodała. „Nie wiemy co robić. Nikt z nas nie wyobrażał sobie, że kiedyś może nie być miejsc pracy. Kilkoro naszych znajomych również utknęło w wiosce. Nie pamiętam, by taka sytuacja kiedykolwiek miała miejsce”. Autorzy uzupełniają tę wypowiedź szeregiem faktów, które zadziwiająco przypominają scenariusz z Meksyku sprzed 20 lat. W 2015 r. przedstawiciele koncernu Samsung oświadczyli bowiem, że będą przenosić swoje zakłady z Chin do Wietnamu. Wraz z nimi znikną setki tysięcy miejsc pracy. Z kolei fabryki obuwia masowo przenoszą się z Państwa Środka do Etiopii. Powód jest taki sam, jak w Meksyku – rosnące koszty pracy.

Jeszcze kilkanaście lat temu zdecydowana większość produktów sprzedawanych w sieci Walmart w USA pochodziła z Chin.

Jeszcze kilkanaście lat temu zdecydowana większość produktów sprzedawanych w sieci Walmart w USA pochodziła z Chin. Ostatnio autorzy przeprowadzili eksperyment, by sprawdzić czy sytuacja uległa zmianie. Pierwszy T-shirt jaki wyciągnęli z półki pochodził z Bangladeszu. Kolejny produkt – para butów – wytworzono w Indiach. Dopiero trzeci wzięty do ręki artykuł – zabawka – pochodził z Chin. Następny – kalkulator – miał napis „Made in Mexico”. Autorzy podsumowują jednak, że ciągle bardzo wiele sprzedawanych produktów pochodzi z Chin. Ale nie jest to już tak bezwzględna dominacja, jak jeszcze niedawno.

Coś zdecydowanie dzieje się z gospodarką Państwa Środka. Zdaniem naukowców przyrównanie do sytuacji Meksyku jest o tyle uprawnione, że Chiny mają ten sam problem jeżeli chodzi o wykształcenie pracowników. Obecnie ok. 64 proc. osób w wieku 25–34 z Chin jest niewykwalifikowana, czyli skończyło nie więcej niż dziewięć klas szkoły. Dane pochodzą z OECD z 2014 r. i jest to najgorszy wynik, ze wszystkich krajów, dla których ta organizacja zbierała informacje.

Dla porównania, w USA ten wskaźnik to ok. 10 proc., a Polsce ok. 6 proc. Chiny odstają pod tym względem nie tylko w stosunku do wielu krajów o średnim poziomie rozwoju gospodarczego, ale także od wielu państw biedniejszych. Nawet w Meksyku omawiany wskaźnik jest na lepszym poziomie – ok. 54 proc. Z drugiej strony, trudno się dziwić. Bo, jak twierdzą autorzy, dopiero w 2006 r. w Chinach pierwsze dziewięć klas szkoły stało się obowiązkowe i darmowe.

Obecnie ok. 64 proc. osób w wieku 25–34 z Państwa Środka jest niewykwalifikowana, czyli skończyło nie więcej niż dziewięć klas szkoły.

Na książkę „Invisible China” trafiłem czytając artykuł z tygodnika „The Economist” polecający najlepsze, zdaniem redaktorów magazynu, publikacje 2021 r. Była to w tym zestawieniu jedyna książka dotycząca Chin. I choć mam wrażenie, że rynek jest przesycony mało nowatorskimi publikacjami o Państwie Środka, na które nie warto tracić czasu, to postanowiłem zaryzykować i zdać się na rekomendację renomowanego tygodnika. I była to słuszna decyzja.

Książka wyróżnia się oryginalną, nieźle uzasadnioną i dającą do myślenia tezą. Choć intuicja mi mówi, że chiński rząd poradzi sobie z problemem słabo wykształconych pracowników, to jednak warto przyjrzeć się temu i zastanowić co się stanie jeżeli jednak to się nie uda. I druga największa gospodarka globu pogrąży się w stagnacji, tak jak Meksyk.

Zaletą książki jest jej przystępność i zwięzłość. To tylko 246 stron, z tego jedna trzecia to przypisy. Całość dobrze się czyta. Publikacja zawiera sporo anegdot, fragmentów rozmów ze zwykłymi Chińczykami, ale także twardych danych statystycznych. Jedno i drugie w odpowiednich proporcjach, tak by nie znużyć, ale także przekazać ważne informacje.

Scott Rozelle jest profesorem na Stanford University, a Natalie Hell jest badaczem specjalizującym się w chińskiej edukacji i służbie zdrowia. Książka została wydała przez renomowaną oficynę akademicką – University of Chicago. Jeżeli zatem ktoś szuka książki, z której dowie się sporo nowych rzeczy o Chinach, to „Invisble China” go nie zawiedzie.

Aleksander Piński