Jak opisuje autorka w publikacji (jej polski tytuł to „Modopolis: cena szybkiej mody i przyszłość ubrań”) kiedy w 2018 r. ówczesna pierwsza dama USA Melania Trump wybrała się w odwiedziny do miejsca pobytu dzieci imigrantów w Teksasie miała na sobie oliwkowo-szarą kurtkę z kapturem wyprodukowaną przez popularną hiszpańską sieć z tanimi ubraniami Zara. Ta kurtka miała cenę detaliczną 39 dol., czyli ok. 165 zł.

Reklama

W czasie gdy pracownicy wytwarzali kurtkę, którą później nosiła Melania Trump, właściciel firmy Amancio Ortega był drugim najbogatszym człowiekiem świata, zaraz po Billu Gatesie, z majątkiem szacowanym na 67 mld dol. W 2022 r. Ortega uplasował się na 23 miejscu listy najbogatszych ludzi świata z majątkiem wycenianym na 59,6 mld dol. Z kolei na pozycji 94 tej listy znajdziemy najbogatszego Szweda Stefana Perssona z majątkiem 17,6 mld dol., właściciela kolejnej sieci sklepów z tanimi ubraniami H&M (Hennes & Mauritz).

To pokazuje, że sprzedawanie tanich ubrań jest bardzo dobrym biznesem. Tylko trzeba robić to na odpowiednio dużą skalę. Wspomniana ZARA w 2018 r. wyprodukowała 450 mln ubrań. Firma Inditex, za pośrednictwem której Ortega kontroluje m.in. ZARĘ, podała w raporcie opublikowanym w 2018 r., że ZARA miała 18,8 mld dol. przychodów (w sumie Inditex, do którego należą także inne marki firm odzieżowych zanotował 28,63 mld dol. przychodów).

W USA klienci kupują obecnie pięć razy więcej ubrań, niż kupowali w 1980 r. Brytyjska organizacja charytatywna Barnardo wyliczyła, że przeciętne ubranie będzie noszone zaledwie siedem razy zanim zostanie wyrzucone. Branża odzieżowa doskonale ilustruje mechanizmy globalizacji.

Branża odzieżowa doskonale ilustruje mechanizmy globalizacji.

Jeszcze do późnych lat 70. co najmniej 70 proc. ubrań kupowanych w USA było w tym kraju produkowanych. Zaczęło się to zmieniać w latach 80. kiedy pojawił się nowy segment w branży tzw. szybka moda (ang. fast fashion). Polegał on na szybkim wytwarzaniu tanich ubrań, w bardzo dużych ilościach, w nienależących do firmy fabrykach i sprzedawanych w tysiącach sklepów należących do sieci.

Najczęściej za twórcę koncepcji fast fashion uważa się wspomnianego wcześniej Hiszpana, założyciela firmy ZARA, Amancio Ortegę. Urodzony w 1936 r. Ortega jest synem pracownika kolei i pokojówki. Jako 13-latek zatrudnił się jak goniec u lokalnego producenta koszul. W 1963 r. założył pierwszą firmę zajmującą się produkcją tzw. podomek, czyli swobodnych strojów domowych, takich jak szlafroki.

W 1975 r. powstał pierwszy butik ZARA. Sprzedaż szła dobrze i w 1989 r. było ich już 85 w całej Hiszpanii. Sekretem sukcesu była częsta wymiana kolekcji. Zamiast czterech kolekcji w roku Ortega ciągle wprowadzał do sklepów nowości, tak że klienci regularnie byli zaskakiwani rzeczami, których wcześniej nie widzieli. Ponieważ jego rynkiem zbytu była tylko Hiszpania, a ubrania wytwarzał w kraju, mógł szybko reagować na zapotrzebowanie klientów i dostarczać do sklepów to co się najlepiej sprzedawało w odpowiednich ilościach.

Przełomowym jednak krokiem było przeniesienie produkcji za cieśninę gibraltarską, do Maroka. To istotnie obniżyło koszty i jednocześnie ciągle pozwalało korzystać z szybkich dostaw, ze względu na niewielką odległość tego kraju od Hiszpanii. Sukces ZARY nie pozostał niezauważony. Konkurenci tacy jak H&M czy GAP poszli w ślady Ortegi.

W USA bodźcem do przeobrażenia branży odzieżowej w kraju było przystąpienie tego kraju w 1994 r. do Północno-Amerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (ang. North American Free Trade Agreement – NAFTA), które wyeliminowało cła między Meksykiem, USA i Kanadą. Jeszcze w 1991 r. 56,2 proc. ubrań sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych było wytwarzanych w tym kraju. W 2012 r. było to już tylko 2,5 proc.

Od 1990 r. do 2012 r. przemysł tekstylny w USA stracił 1,2 mln miejsc pracy. Podobnie wyglądało to w Europie. W Wielkiej Brytanii w latach 80. branża produkcji ubrań zatrudniała milion pracowników. Obecnie ok. 100 tys. W 2017 r. 92,4 proc. ubrań sprzedawanych na wyspach pochodziło z importu.

Natomiast w skali globalnej liczba miejsc pracy w przemyśle odzieżowym wzrosła z 34,2 mln do 57,8 mln. Ponieważ wszyscy kupują ubrania, a tylko niewielki odsetek pracuje w branży, to obecna sytuacja odpowiada gros osób.

W 2016 r. na pytanie w sondażu w USA, czy ankietowany wybrałby parę spodni za 85 dol. wyprodukowane w kraju, czy za 50 dol. wyprodukowane za granicą, 67 proc. zapytanych wybrałoby tańszą opcję. Odsetek był taki sam nawet wśród gospodarstw domowych z dochodem ponad 100 tys. dol. rocznie.

Miliony straconych miejsc pracy w krajach rozwiniętych to tylko jeden z kosztów tanich ubrań. Niskie pensje szyjących je osób, też mają swoją cenę, choć akurat to te osoby ją płacą.

W czasie konferencji SOCAP w 2017 r. jeden z przedstawicieli organizacji pozarządowych opowiadał o pracownicy zakładu w Sri Lance szyjącego ubrania dla jednej z globalnych sieci. Któregoś dnia rozbolał ją ząb. Jednak pensja, którą otrzymywała była za niska i nie mogła sobie pozwolić na opłacenie wizyty u dentysty i musiała wziąć pożyczkę. By ją spłacić świadczyła usługi seksualne. Oczywiście przez cały czas szyła ubrania dla sieciowych sklepów.

Ofiarą nadprodukcji ubrań jest także środowisko naturalne. Bank Światowy szacuje, że branża mody jest odpowiedzialna za 20 proc. wszystkich przemysłowych zanieczyszczeń wody na świecie i 10 proc. emisji dwutlenku węgla.

Ofiarą nadprodukcji ubrań jest także środowisko naturalne. Bank Światowy szacuje, że branża mody jest odpowiedzialna za 20 proc. wszystkich przemysłowych zanieczyszczeń wody na świecie i 10 proc. emisji dwutlenku węgla. To także produkcja ubrań odpowiada za zużycie jednej czwartej chemikaliów.

Dana Thomas to mieszkająca w Paryżu amerykańska dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z modą. Pisała m.in. dla „The Washington Post” i „Newsweeka”, „Financial Times” i „Wall Street Journal”. Bez wątpienia autorka ma ogromną wiedzę o branży i doświadczenie pisarskie. I to można odczuć, czytając publikację. Bardzo wiele można się z niej dowiedzieć, poczynając od statystyk dotyczących branży, przez historię sektora, aż po informacje o tym co się obecnie w nim dzieje. Te ostatnie pozwalają przewidzieć jak branża będzie wyglądać za 10 czy 20 lat.

Całość napisana jest bardzo sprawnie, pełna anegdotek i ciekawostek. „To jest książka o kobietach, stworzona przez kobiety” – pisze autorka w podziękowaniach na końcu publikacji. Nie oznacza to jednak, że tej książki nie mogą przeczytać mężczyźni.

Sam mam podejście minimalistyczne do kupowania ubrań, ale z książką „Fashionopolis” zapoznawałem się z niekłamaną przyjemnością. Obserwując bardzo niskie ceny w tego typu sklepach, już od dłuższego czasu zastanawiałem się nad kulisami funkcjonowania tego biznesu. I na większość moich pytań znalazłem odpowiedź w recenzowanej publikacji Bardzo polecam „Fashionopolis” każdej osobie ciekawej świata.

Aleksander Piński