Nigdzie nie jest z tym dobrze. Jeśli spojrzymy na dane OECD za trzeci kwartał 2022 to widać tam same spadki. Czechy – 8,9 proc. spadku płac realnych rok do roku. Hiszpania -5,4 proc. Niemcy -4,3 proc. Wielka Brytania -2,7 proc. USA -2,2 proc. Japonia -1,5 proc. Kanada -1,2 proc. Polska -2 proc.

To minie – pocieszają niektórzy. Wskazują na głównego winowajcę spadku płac realnych, czyli na wysoką inflację, za którą wzrost pensji nominalnych po prostu przestał w ostatnim czasie nadążać. Jeszcze inni powiedzą, że ten spadek realnych dochodów ludności to jest lekarstwo. „Gorzka, ale konieczna” kuracja, której celem ma być powrót do sytuacji, którą Zachód uważał przez ostatnie 30 lat za normalność. Czyli do inflacji rzędu nie przekraczające 2-3 proc. A czasem jeszcze niższej.

Tylko, że z tezą o przejściowym (albo nawet zbawiennym) charakterze spadku płac realnych jest problem. Polega on na tym, że ta „przejściowość” jest w warunkach gospodarek rozwiniętych niestety bardzo… permanentna. I to od bardzo dawna. Na Zachodzie te ostatnie trzy dekady to przecież nie tylko czas niskiej inflacji. Ale także okres stagnacji płac. W międzyczasie na rynkach pracy USA czy Europy zachodniej funkcjonują już całe pokolenia pracowników, dla których progres dochodów z pracy to odpowiednik Yeti. Podobno istnieje. Ale tak naprawdę nikt go nigdy nie widział.

Reklama

Weźmy Stany Zjednoczone. Tu w roku 2020 zagrały fanfary. Bo płace realne w tamtejszej gospodarce urosły wtedy o rekordowe 4 proc. Rok później spadły już jednak do 0,3 proc., by w pierwszej połowie 2022 wylądować na 3 procentowym minusie. Kiedy jednak spojrzymy wstecz jeszcze dalej, to zobaczymy, że obecne spadki nie przychodzą żadną miarą po okresie jakiejś pracowniczej bonanzy. Przeciwnie. W całym okresie 2009-2017 pensje realne w amerykańskiej gospodarce wzrosły W SUMIE o 3,5 proc. A należy pamiętać, że i tak, ten – powiedzmy to sobie szczerze – mikry wzrost zarobków – był ciągnięty w górę przez najlepiej zarabiających. W dolnej połowie dochodowego spektrum „wzrost” jest jeszcze mniejszy. I sięga ledwie 2 proc. W zasadzie uczciwie by było więc mówić właśnie o stagnacji. Według niektórych wyliczeń w 2019 roku średnia realna płaca godzinowa w sektorze produkcji na stanowiskach niekierowniczych była dokładnie na tym samym poziomie, co w… 1973 roku. Czyli prawie pół wieku wcześniej.

Jeśli ktoś jednak chciałby pomyśleć, że problem niskich płac to przypadłość zbyt liberalnej i turbokapitalistycznej Ameryki, to jest w błędzie. W Unii Europejskiej jest pod tym względem albo podobnie, albo jeszcze słabiej. Tu wzrost w zasadzie nie istnieje. Bo jeśli spojrzeć wstecz do 2006 roku to wzrost płac realnych tylko raz (rok 2015) przekraczał 2 proc. Przez większość czasu znajdował się raczej w okolicach zera. Możemy też te dane rozbić na poszczególne kraje. Odkryjemy wówczas, że w Europie jest kilka dużych i ważnych gospodarek, gdzie płace realne są dziś wręcz niższe niż były półtorej dekady temu. I tak na przykład Włosi mają dziś płace realne na poziomie 85 proc. tego co było w roku 2008. W Wielkiej Brytanii dzisiejsza płaca realna wynosi jakieś 95 proc. tego, co wtedy było wtedy.

Jeszcze kilka lat temu – gdy temat stagnacji płac w krajach rozwiniętego kapitalizmu zaczynał być szerzej dyskutowany – przywoływano w tym kontekście stare dobre czasy powojenne. Tzw. trzy wspaniałe dekady (lata 1950-1980), gdy zarobki szły szybko w górę, ludzie spłacali kredyty mieszkaniowe w 10 lat, a Zachód przeżywał czas wyjątkowej prosperity i rozbudowy państwa dobrobytu. Warto zwrócić uwagę, że pisząc o stagnacji dochodów z pracy z lat 2009-2022 nikt już nawet nie śmie przywoływać tamtego „keynesowskiego kapitalizmu”. Przyczyna jest prosta. Okres 2009-2022 blado wypada już nawet przy zderzeniu go z okresem klasycznego neoliberalizmu Thatcher, Reagana, Clintona i Blaira (1980-2009).

Uczcicie rzecz ujmując i patrząc z perspektywy interesu pracowników – tamto neoliberalne trzydziestolecie jeszcze się „jako tako” trzymało. I tak na przykład w USA płace realne dolnej połówki dochodowego spektrum urosły w tamtym okresie (właśnie 1980-2009) o 17 proc. I nawet najbiedniejsi (dolne 10 proc. dochodowego spektrum) zaliczyli wtedy wzrost płac realnych o 9 proc. Nie mówiąc już o najlepiej zarabiających, którym płace poszły w górę o 46 proc. I tu właśnie dotykamy wspomnianego już paradoksu. Bo tamte wzrosty – tak słabe w porównaniu z latami 1950-1980 – są przecież i tak o niebo lepsze od wspomnianej na początku stagnacji płac, która trwa od roku 2009. I która zaczyna się teraz przeistaczać w plagę… trwałych spadków.

Ktoś powie, że to problem z produktywnością. Zawsze odpowiedzią na zagadkę stagnacji płac jest właśnie hipoteza stagnacji produktywności. Wyszło na ten temat w ciągu ostatniej dekady wiele ważnych tekstów i książek. Najczęściej winą tego spowolnienia obarcza się naturę innowacji we współczesnym kapitalizmie (internet, rewolucja cyfrowa), które doprowadziły do kumulacji zysków w rękach kilku super potężnych korporacji (Google, Facebook, Apple, Amazon etc). Tak czy inaczej, skoro nie ma wzrostu produktywności – powie wielu ekonomistów – to i płace nie mogą rosnąć! Logiczne, prawda?

Z pozoru tak. Ale co, jeśli to nic więcej jak wygodna wymówka? Przecież zgodnie z najnowszym Global Wage Report produktywność w najbardziej uprzemysłowionych krajch świata w latach 1999-2022 jednak rosła. Może nie szaleńczo, ale rosła; średniorocznie o jakieś 1,2 proc. Płace zaś (znów średnio) tylko o połowę tej wartości. W sumie więc po tych 23 latach dostajemy lukę w wysokości 12,6 proc. To nie jest więc tak, że produktywność w tym czasie stała w miejscu i z pustego nawet król Salomon by nie nalał. To płace – w sposób stały i strukturalny – za nią nie nadążały. Przed wybuchem pandemii ta luka była wręcz największa od początku XXI wieku. Paradoksalnie dziś – mimo wysokiej inflacji – płace trochę nadrabiają. Ale to prawdopodobnie dlatego, że wybuch kryzysu zniszczył wiele mniejszych firm o niższej produktywności.

Wszystko to razem tworzy nam dość ponury pejzaż, z którego wyciągnąć da się kilka bardziej ogólnych wniosków.

Pierwszy jest taki, że trzeba sobie chyba wreszcie powiedzieć prawdę. A mianowicie, że pomimo całej debaty o neoliberalizmie, która wybuchła po kryzysie 2008 r. pozycja pracownika w zachodnich społeczeństwach w praktycznym sensie nie uległa poprawie. Bo przecież nie jest tak, że nie wiemy (przynajmniej na poziomie teoretycznym) skąd się ta stagnacja płac bierze. Wiemy to dość dobrze. Płace rosną słabo, bo zbyt słaba jest pozycja pracownika we współczesnym kapitalizmie. Co jest z kolei efektem szkodliwego (motywowanego ideologicznie) zniszczenia systemowych bezpieczników w postaci zorganizowanego ruchu związkowego, albo rozmontowania regulacji rynków pracy przez dopuszczenie uberyzacji (a więc modelu pracy pozornie nowoczesnej, a tak naprawdę permanentnie niepewnej i przerzucającej całą odpowiedzialność za fazy dekoniunktury na pracownika).

Inne mocne hipotezy tłumaczące słabość płac mówią o tym, że współczesne państwo zanadto wychyliło się w stronę ochrony interesów kapitału poprzez stałe rozmontowywanie państwa dobrobytu. Jeszcze inne wskazują na rolę globalizacji, deindustrializacji czy szalonego międzynarodowego arbitrażu pracy i płacy byle tylko było dla kapitału taniej. Wyszło na ten temat mnóstwo książek, akademickich paperów, a nawet analitycznych raportów najważniejszych instytucji finansowych. I co? I nic. Żaden Piketty, żadna Mariana Mazzucato i żaden Dani Rodrik nie osiągnął swoimi tekstami niczego wymiernego. No może poza osobistą rozpoznawalnością i akademicką sławą. Życie gospodarcze pozostało jednak w swoich starych koleinach.

I tak dochodzimy do generalnego wniosku numer dwa. Bo opisane tu powyżej tendencje prowadzą nieuchronnie do pogłębiania erozji ładu politycznego na Zachodzie. Opisywać go możemy na różne sposoby. Politolodzy Roger Eatwell i Matthew Goodwin już kilka lat temu nazwali to zasadą „czterech D”.

Pierwsze D to distrust, czyli brak zaufania do liberalnych polityków i ich instytucji. Wiąże się to z tym, że liberalna demokracja jest systemem, który ze swojej natury stara się minimalizować uczestnictwo mas w procesie politycznym. Jej obrońcy bardzo nie lubią się do tego przyznawać i wolą mówić o „bezpiecznikach demokracji” albo o „ochronie mniejszości”. Ale faktycznie są to zazwyczaj eufemizmy na usprawiedliwienie rosnącego dystansu między interesami demokratycznych decydentów oraz większości ich nieelitarnych wyborców.

Drugim D jest destrukcja. Strach przed rozpadem historycznej tożsamości grupy narodowej i jej ustalonych stylów życia. Strach tym silniejszy, im bardziej tłumiony przez „poprawność polityczną”.

Trzecie D to deprywacja. To znaczy poczucie porażki szerokich mas społecznych w starciu z interesem zwycięzców globalizacji. Do tych ostatnich zaliczyć należy coraz bardziej kosmopolityczne elity pracujące na korzyść lub przynajmniej w symbiozie z interesami hulającego ponad granicami narodowymi kapitału.

I wreszcie czwarte zjawisko: dealignment, odejście od masowych partii i ruchów społecznych (związki zawodowe), które w XX w. raz lepiej, a raz gorzej, ale jednak mediowały między interesami różnych klas społecznych. Lecz w następnym stuleciu przestały się z tej roli wywiązywać. Co zaowocowało ich marginalizacją. To wszystko widzimy dziś na naszych oczach. W USA i w Europie Zachodniej.

Oczywiście – i to już generalny wniosek trzeci – stary układ polityczny, który ponosi polityczną odpowiedzialność za to co się wydarzyło, nie bardzo chce to przyjąć do wiadomości. Woli mobilizować swoich zwolenników poprzez wskazywanie wielkiego wroga w postaci populistów. Populistami straszyć łatwo. Zwłaszcza, gdy się dysponuje (tak jak stare elity liberalne) dominacją na polu symbolicznym – to oni wciąż mają po swojej stronie opiniotwórcze media czy świat ekspercko-akademicko-kulturalny. To oni w najmocniejszym stopniu wpływają na to, jak opisywany jest nasz świat i jakich używamy pojęć do tego opisu. W ten właśnie sposób tzw. populiści już od dość dawna portretowani są jako niebezpieczni radykałowie.

Pod względem ekonomicznym blokuje to oczywiście wszelką zmianę. Bo tak się składa, że populiści są tymi, którzy – przynajmniej częściowo – opierają się na racjonalnej diagnozie problemów. W tym problemów ze stagnacją i spadkiem płac realnych. Przykładów wskazać można wiele. Krytyka deindustrializacji sformułowana przez Donalda Trumpa w USA. Postulaty wyjścia z pułapki stagnacji płac podnoszone przez zwolenników Brexitu. Albo koncepcja „wzrostu gospodarczego poprzez wzrost płac” (ang. wage led growth) stosowana w praktyce (i to z sukcesami) w Polsce po roku 2015 (płace realne urosły w tym okresie o jakieś 30 proc.). Wszystkie te lekcje są jednak odrzucane przez zachodni establishment z poczuciem wyższości i niesmaku. Nie pasują bowiem do politycznego obrazka na którym liberalna „cywilizacja” walczy z populistycznym „najazdem barbarzyńców”. W efekcie poważnego i systemowego przeciwdziałania pladze niskich płac nie było i nie ma.

A trwająca właśnie dekoniunktura i kolejna runda obniżek płac realnych tylko te tendencje zaostrzy.

Rafał Woś