Oto poranny brief - wszystko, co musisz wiedzieć o tym, co teraz dzieje się w gospodarce.

Dziś Komisja Europejska ogłasza procedury nadmiernego deficytu

Dziś dowiemy się, czy Polska faktycznie znajdzie się w nowej unijnej procedurze nadmiernego deficytu, czy nie. Komisja Europejska wyda bowiem swoje rekomendacje na ten temat. W naszym przypadku, jeśli okaże się, że Bruksela nakłada na nas tę procedurę, nie będzie to raczej niespodzianka, bo Ministerstwo Finansów już wcześniej sygnalizowało, że spodziewa się tego w związku z tym, że nasz ubiegłoroczny deficyt w finansach publicznych sięgnął 5,1 proc. PKB.

Reklama

Deficyt powyżej dopuszczalnego w UE progu 3 proc. miały w 2023 roku jeszcze także: Belgia (4,4 proc.), Czechy (3,7 proc.), Estonia (3,4 proc.), Hiszpania (3,6 proc.), Francja (5,5 proc.), Włochy (7,4 proc.), Węgry (6,7 proc.), Malta (4,9 proc.), Rumunia (6,6 proc.) i Słowacja (4,9 proc.).

Ponadto są kraje, które deficyt mają prawidłowy, ale za to dług publiczny u nich przekracza unijny dopuszczalny poziom 60 proc. PKB, Te kraje to: Niemcy (63,6 proc.), Grecja (161,9 proc.), Chorwacja (63 proc.), Cypr (77,3 proc.), Austria (77,8 proc.), Portugalia (99,1 proc.), Słowenia (69,2 proc.) i Finlandia (75,8 proc.).

Łącznie więc procedura nadmiernego deficytu może grozić aż dziewiętnastu krajom w UE. Według Bloomberga procedura będzie dotyczyć jednak tylko siedmiu państw, w tym między innymi Francji, Włoch i właśnie Polski.

W starej wersji, obowiązującej przed pandemią, procedura nadmiernego deficytu była surowa i nakazywała dość szybkie redukowanie deficytu, co oznaczało w praktyce częściową utratę suwerenności, jeśli chodzi o prowadzoną przez dane państwo politykę fiskalną. Zasady te często były krytykowane przez ekonomistów, jako nieskuteczne, bo często hamujące wzrost gospodarczy w danym kraju. W efekcie przy wolniejszym wzroście redukowanie deficytu stawało się coraz trudniejsze i groziło wpadnięciem w recesję.

To, że zasady te są całkowicie niepraktyczne i szkodliwe stało się jasne w czasie pandemii, gdy trzeba było ratować gospodarki zwiększonymi wydatkami państwa. Wtedy procedury nadmiernego deficytu zawieszono. Wraca ona dopiero teraz, jednak zmieniona, łagodniejsza, z możliwością „wyjmowania z niej” wydatków inwestycyjnych, oraz militarnych, a także z opcją rozłożenia ścieżki powrotu do niższych deficytów nawet na 7 lat, tak aby nie psuć koniunktury gospodarczej w danym państwie.

Komisja Europejska, nakładając na dane państwo procedurę nadmiernego deficytu, przedstawi mu także swoje „trajektorie” wydatków publicznych na kolejne lata. Potem na podstawie takich wytycznych każde państwo samodzielnie przygotuje do jesieni szczegółowy plan ograniczania wydatków, uwzględniając swoje własne okoliczności i priorytety.

Polska wydaje na obronność najwięcej w NATO

Przy okazji dowiemy się,jak Komisja Europejska potraktuje nasze wydatki związane z obronnością, które w dużym stopniu odpowiadają za to, że nasz deficyt w sektorze finansów publicznych jest za duży. Wydatki te bowiem, według nowych wyliczeń NATO, sięgnęły w ubiegłym roku ponad 151 mld złotych, czyli aż 4,12 proc. PKB. Oznacza to, że wydaliśmy na wojsko najwięcej pieniędzy w całym Sojuszu Północnoatlantyckim. Co ważne, te wydatki to nie są tylko pieniądze na podwyżki dla wojskowych. 51,1 proc. z nich poszła na sprzęt, czyli uzbrojenie, 29,5 proc. na personel wojskowy, 14,8 proc. na operacje i bieżącą obsługę, a 4,5 proc. na infrastrukturę.

Na drugim miejscu w zestawieniu jest Estonia z wydatkami na poziomie 3,43 proc. PKB, a na trzecim Stany Zjednoczone (3,38 proc.). Wydatki powyżej 3 proc. PKB mają także Łotwa i Grecja, a kolejnych 18 państw mieści się w przedziale od 2 do 3 proc. PKB.

Poniżej 2 proc. na obronę ma wydać w br. 8 państw, z czego 6 poniżej 1,5 proc. Ta szóstka to: Kanada, Hiszpania, Włochy, Luksemburg, Belgia i Słowenia.

Nominalnie, pod względem wysokości wydatków, jesteśmy w NATO na piątym miejscu, za Stanami Zjednoczonymi, Niemcami, Wielką Brytanią i Francją, a przed Włochami, Kanadą i Turcją. Według danych Sojuszu Polska jest też na trzecim miejscu pod względem liczebności armii. Prognoza na ten rok mówi o tym, że personel wojskowy wzrośnie w naszym kraju z 206,5 tys. do 216,1 tys. osób. Jest on większy tylko w Stanach Zjednoczonych (1,3 mln ludzi) i w Turcji (481 tys.). Jeszcze dziesięć lat temu Polska była pod tym względem dopiero na dziewiątym miejscu w NATO. Przez ten czas wyprzedziliśmy pod tym względem Francję, Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię i Grecję.

Żabka ma wejść na giełdę już we wrześniu

Jest plan, aby sieć Żabka weszła na warszawską giełdę we wrześniu – donosi Bloomberg. Właściciel sieci, czyli fundusz CVC Capital Partners, chciałby, aby wpływy ze sprzedaży akcji nowym inwestorom sięgnęły od 1 do 1,5 miliarda dolarów, zaś wycenę całej spółki widzą na poziomie od 7,5 do 8 mld dolarów. Z tego wniosek, że do inwestorów ma trafić pakiet od 12,5 do 20 proc. akcji spółki.

Wycena na poziomie 8 mld dolarów, czyli około 32 mld złotych, oznaczałaby, że Żabka trafia do pierwszej dziesiątki najbardziej wartościowych spółek na warszawskiej giełdzie. Byłaby warta nieco więcej niż dzisiaj takie firmy jak LPP (31,7 mld zł), KGHM (28,2 mld zł), czy mBank (25,2 mld zł). Nie dogoniłaby jednak obecnej wyceny spółki Dino, która jako sieć sklepów może być postrzegana jako konkurencja dla Żabki. Dino jest dziś warte 39,2 mld zł. Z kolei wartość rynkowa portugalskiego Jeronimo Martins, czyli właściciela Biedronki, to 12,3 mld euro, czyli ponad 53 mld złotych. Jednak Portugalczycy mają też inne sieci w innych krajach, zaś Biedronka odpowiada u nich za mniej więcej 85 proc. zysku EBITDA i 70 proc. przychodów ze sprzedaży. Proporcjonalnie można więc uznać, że jej udział w wartości całej spółki to okolice 38-45 mld złotych.

Oferta publiczna Żabki, jeśli dojdzie do skutku, będzie być może największa w Polsce od 2020 roku, kiedy to na giełdę wchodziła spółka Allegro.

NVidia znów największa na świecie

Wyceny rynkowe Żabki i jej konkurentów na polskim rynku wydają się minimalne w porównaniu do wycen największych spółek świata. Na pierwsze miejsce w tym rankingu powróciła we wtorek NVidia. Wartość jej wszystkich akcji to teraz 3,335 bln dolarów czyli blisko 13,5 biliona złotych. To 180 razy więcej niż najbardziej wartościowe na warszawskiej giełdzie Orlen i PKO BP.

Ale to może nie być kres możliwości NVidii, ponieważ pojawiła się właśnie nowa rekomendacja ze strony Rosenblatt Securities, która prognozuje, że cena akcji amerykańskiej spółki urośnie do 200 dolarów z obecnych 135 dolarów. Oznacza to więc perspektywę kolejnego wzrostu o blisko 50 proc., po tym jak tylko od początku tego roku akcje NVidii podrożały już o 174 proc. a w ciągu ostatnich trzech lat o ponad 625 proc.

Najbardziej spektakularne jest jednak to, że przy tej cenie akcji wartość rynkowa całej spółki sięgnęłaby 5 bilionów dolarów, czyli poziomu trudno dziś wyobrażalnego. Ale z drugiej strony jeszcze kilka lat temu poziom 3 bln dolarów też był niewyobrażalny.

NVidia to spółka, która jest autorem najbardziej spektakularnego skoku notowań na świecie w ciągu ostatnich miesięcy. Jest ona powszechnie kojarzona z szybkim wzrostem popularności technologii AI, czyli sztucznej inteligencji na świecie, ponieważ produkuje i sprzedaje mikroprocesory niezbędne do tego, aby tworzyć systemy AI w firmach. W efekcie inwestorzy na rynku są przekonani, że przed nią świetlana przyszłość z dalszym dynamicznym wzrostem przychodów i zysków.

Akcje NVidii po pojawieniu się wspomnianej rekomendacji poszły we wtorek w górę o 3,5 proc., pomagając przy okazji indeksowi S&P 500 w osiągnięciu nowego, rekordowo wysokiego poziomu. S&P 500 pobił swój rekord już trzydziesty raz w tym roku.

W Niemczech najmniej pozwoleń na budowę mieszkań od 2011 roku

NVidia na giełdzie amerykańskiej to historii bardzo efektownej hossy, zaś na drugim końcu skali mamy niemiecki rynek nieruchomości, na którym od wielu miesięcy panuje wyraźna bessa. Pojawiły się właśnie nowe dane o pozwoleniach na budowę nowych mieszkań i okazuje się, że było ich aż o 17 proc. mniej niż rok wcześniej i o blisko 44 proc. mniej niż dwa lata temu.

ikona lupy />
Niemcy, pozwolenia na mieszkania. Źródło: Destatis / Inne

Trend spadkowy na niemieckim rynku mieszkaniowym panuje od 2022 roku, czyli od momentu, gdy wysoka inflacja sprowokowała Europejski Bank Centralny do szeregu podwyżek stóp procentowych, przez co kupno mieszkania na kredyt stało się wyraźnie droższe, niż poprzednio. Jednocześnie na skutek kryzysu energetycznego w Europie cała gospodarka niemiecka pogrążyła się w kryzysie, z którego nie wyszła do dzisiaj. Niemieccy konsumenci wyraźnie ograniczają swoje wydatki, spadł więc też i to bardzo znacząco popyt na nieruchomości.

W przeciwieństwie do Polski rząd w Berlinie nie wprowadził żadnego programu stymulującego, który podtrzymywałby popyt, a także ceny na tym rynku, więc od dwóch lat są one w wyraźnym trendzie spadkowym. W ślad za spadającymi cenami kurczy się cała branża, ponieważ budowa nowych mieszkań wiąże się z coraz większym ryzykiem, że nie będzie komu ich sprzedać. W efekcie więc nowych budów i pozwoleń na budowę także jest coraz mniej. Na razie nie widać żadnych sygnałów odwrócenia tej sytuacji.