Polska znajduje się w ogonie tego zestawienia. Udział wynagrodzeń w dużych gospodarkach Europy Zachodniej wyraźnie przekracza 50 proc. PKB (podane wartości uwzględniają wysokość składek na ubezpieczenie społeczne). W Niemczech to 53,8 proc., we Francji 51,2 proc., natomiast w Hiszpanii 45,8 proc. W krajach skandynawskich odsetek ten oscyluje w granicach 50 proc. (Finlandia – 46,3 proc., Szwecja 47,7 proc., Dania – 51,1, proc.). Pracownicy z krajów naszego regionu mają więcej powodów do zadowolenia – Węgrzy zgarniają 43,2 proc. PKB, Czesi 43,4 proc., Słowacy 43 proc., natomiast Bułgarzy 43,8 proc. Jesteśmy niemalże na samym końcu zestawienia, progu 40 proc. nie przekroczyły tylko Rumunia (38,2 proc.), Grecja (34,7 proc.) oraz Irlandia (zatrważające 29 proc.). Należy jednak zwrócić uwagę na to, że tak niska wartość wskaźnika na wyspie wynika w dużej mierze z tego, że tamtejsze PKB jest sztucznie zawyżane przez zarejestrowane tam wielkie amerykańskie korporacje.

Co ciekawe, Polska doświadczyła też od 1999 roku jednego z największych spadków udziału płac w PKB w całej unijnej stawce – znaczące 3 pkt proc. Większy odnotowały tylko Irlandia (10,8 pkt. proc.), Chorwacja (5,4 pkt proc.) oraz Malta (4,3 pkt. proc.). Taki sam wynik zarejestrowała w tym okresie Portugalia (minus 3 pkt. proc.).

Analizowany wskaźnik pokazuje, w pewnym uproszczeniu, jaka część wartości dóbr i usług wytworzonych w gospodarce trafia do pracowników, a jaka do właścicieli środków produkcji (czyli posiadaczy kapitału i firm). Mogłoby się wydawać, że wraz z szybkim wzrostem PKB (a Polska może się w długiej perspektywie pochwalić najlepszym wynikiem w UE), w Polsce to kilka procent rocznie od dwóch dekad, równie szybko powinny rosnąć też płace. Jak pokazują dane Eurostatu (ale też wyliczenia OECD) tak się nie dzieje. Bo chociaż wzrost gospodarczy wynika w dużej mierze ze wzrostu efektywności pracowników, to efekty ich pracy są w znaczącej części zatrzymywane w kieszeniach właścicieli kapitału. O ile PKB Polski wzrósł w latach 1989-2016 o 225 proc., to płace tylko o 200 proc.

Polski pracownik jest nadal bardzo tani. Przyjrzyjmy się kosztom pracy we Wspólnocie. Średnia godzina pracy jest warta u nas 10,7 euro. Taniej jest tylko w Bułgarii, Rumunii, na Litwie, na Węgrzech i w Łotwie. Średnia dla UE to 27,7 euro. To wciąż przepaść. W krajach Europy Zachodniej koszty te oscylują w okolicach 30 euro.

Jednak w części krajów, które się szybko rozwijają, udział płac w PKB rośnie, przede wszystkim w tych, w których wynagrodzenia są znacznie niższe niż na Zachodzie.

Reklama

Dotyczy to takich krajów jak Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa czy Słowacja. Mamy tam do czynienia z połączeniem szybkiego wzrostu i otwartego europejskiego rynku pracy, więc płace muszą rosnąć, żeby zatrzymać pracowników. Szczególnie kraje bałtyckie doświadczyły masowej emigracji po kryzysie 2008-10 – mówi Jacek Tomkiewicz z Akademii Leona Koźmińskiego, który jest autorem książki „Dynamika i struktura dochodów w warunkach globalizacji”.

Samotność polskiego pracownika

Przejdźmy na polskie podwórko. Należy zwrócić uwagę, że na niski wskaźnik udziału płac w PKB w Polsce ma wpływ metodologia. W badaniach tego typu uwzględniane jest bowiem często zatrudnienie w rolnictwie, które w Polsce wynosi ok. 10 proc., natomiast w Niemczech tylko ok. 1 proc. Produktywność i płace w rolnictwie są znacznie niższe niż w innych sektorach, co zaniża wynik dla Polski. Inną kwestią jest samozatrudnienie ˗ to ten czynnik wpływa na duże różnice pomiędzy wartością wskaźnika w obliczeniach OECD i Eurostatu. Metodologia Eurostatu traktuje cały dochód z samozatrudnienia jako dochód kapitału. W Polsce jest bardzo dużo samozatrudnionych i to bardzo obniża nasz wskaźnik w porównaniu do innych krajów. Jednak w rzeczywistości osoby wykonują często identyczne prace co osoby zatrudnione na umowach o pracę czy zleceniach, więc uznanie ich za właścicieli kapitału jest nieco mylące. Niezależnie jednak od metodologicznych różnic, udział płac w Polsce jest jednym z najniższych w UE.

Eksperci wymieniają wiele powodów niskiego wynagradzania pracowników. To przede wszystkim słabnąca rola związków zawodowych. Poziom uzwiązkowienia w Polsce jest jednym z najniższych w UE i wynosi 12 proc. Średnia dla UE jest co prawda niezbyt wysoka, ale i tak niemalże dwukrotnie wyższa niż nad Wisłą (23 proc.). Gorzej niż w Polsce związki mają się we Francji, na Litwie i w Estonii.

Szczególnie zaskakują dane znad Sekwany, bowiem pozycja pracownika na rynku zatrudnienia jest tam znacznie silniejsza niż w Polsce. Jak wzmocnić związki? Wzmocnienie organizacji zrzeszających pracowników to nie tylko polityczna kwestia. Jak zauważa Jacek Tomkiewicz, zmianami prawnymi nie bardzo można wymusić uzwiązkowienie.

Związki zawodowe w Polsce mają niestety bardzo złą prasę, zarówno w oczach pracodawców jak i opinii publicznej, która dostrzega głównie zaangażowanie polityczne przedstawicieli związków. Kluczowa jest edukacja o prawach pracowniczych i pozytywne przykłady pokazujące osiągnięcia organizacji związkowych w przedsiębiorstwach prywatnych - mówi.

Największym uzwiązkowieniem charakteryzują się kraje skandynawskie (wyraźnie ponad 50-proc.), co znajduje tam zresztą swoje odzwierciedlenie w udziale wynagrodzeń w PKB. Kolejnym problemem pracowników w naszym kraju jest upolitycznienie i charakterystyka największych związków. Chodzi o to, że reprezentują one i tak najczęściej zatrudnionych na dobrych warunkach i posiadających liczne przywileje przedstawicieli publicznych zawodów. Liczni pracownicy mający status prekariuszy, nie otrzymują żadnego instytucjonalnego wsparcia. Ponadto największe związki zawodowe w kraju (OPZZ czy „Solidarność”) są uwikłane w skomplikowane polityczne sieci zależności, co więcej, znajdują się w się w stanie konfliktu. W Polsce bardzo długo prekariuszom nie sprzyjało prawo, które stanowiło, że osoby, które nie są zatrudnione na umowie o pracę nie mają prawa należeć do związków zawodowych. Zmieniła to dopiero przed kilkoma laty decyzja Trybunału Konstytucyjnego.

Innym powodem niskiej wyceny pracy w Polsce jest nasza pozycja w globalnym łańcuchu dostaw. W Polsce znajduje się niewiele firm, które zajmują w nim kluczowe pozycje, a więc takich, które odpowiadają za projektowanie, opracowywanie czy sprzedaż produktów, na przykład wysokich technologii. Wiele dużych przedsiębiorstw w Polsce odpowiada za montaż i produkcję podzespołów, które eksportujemy na Zachód. Chodzi więc o jakość miejsc pracy. W sektorach i zawodach opartych o wysoko wykwalifikowane kompetencje płace są wysokie. Firmy z tego obszaru nie ulegają także rynkowej presji – o ile łatwo przenieść jest do innego kraju fabrykę produkującą samochodowe podzespoły albo montującą je w gotowe auta, o tyle znacznie trudniej jest zrobić to z biurami projektowymi czy centrami badawczo-rozwojowymi, które przez lata tworzyły zespoły utalentowanych osób o bardzo wysokich umiejętnościach. Co możemy zrobić w tej sytuacji? Rozwijać nasze przewagi komparatywne w sektorach, które nie podlegają łatwo przeniesieniu.

Wiele wskazuje na to, że trend zapoczątkowany w 2015 roku będzie kontynuowany – udział pensji Polaków w gospodarce będzie rósł.

Odpowiada za to kilka czynników: niskie bezrobocie, które zwiększa siłę przetargową pracowników (w przeciwieństwie do np. Hiszpanii, gdzie udział płac w PKB spada m.in. na skutek utrzymującego się wysokiego bezrobocia), polityka dynamicznego podnoszenia płacy minimalnej, zmieniająca się struktura rynku pracy (Polska stała się dużym ośrodkiem, gdzie kumuluje się outsourcing usług, a w tej branży płace są stosunkowo wysokie) oraz wchodzenie na rynek pracy coraz lepiej wykształconych osób, którym sprzyja demografia i które mają coraz wyższe płacowe wymagania – wymienia Tomkiewicz.

Zagadka ubożejącego Amerykanina

Z artykułu „A new look at the declining labor share of income in the United States” autorstwa McKinsey Global Institute wynika, że spadek udziału wynagrodzeń w PKB to długotrwałe i globalne zjawisko. Autorzy piszą, że udział płac w PKB w 35 rozwiniętych gospodarkach spadł od 1980 do 2014 roku z 54 do 50,5 proc. We Francji i Niemczech wskaźnik ten osiągnął tuż przed wybuchem kryzysu finansowego w 2008 roku najniższy poziom od pół wieku. W przypadku krajów rozwijających się spadek okazał się mniej dotkliwy – współczynnik zmniejszył się w latach 1993-2014 z 39 do 37,4 proc. (jest to więc krótsza perspektywa, poza tym bazowy poziom również był znacznie niższy niż w najbogatszych krajach).

Ciekawy jest przypadek serca neoliberalnego porządku, czyli USA. Chociaż pracownicy zaczęli tam tracić udziały w gospodarczej produkcji już w latach 60. poprzedniego wieku, to aż trzy czwarte całkowitego spadku wartości wskaźnika po 1947 roku przypada na lata 2000-2016. Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej analizowany udział wynosił 65,4 proc., w latach 1998-2002 62,5 proc., natomiast w latach 2012-16 już tylko 56,4 proc. Spadek jest spektakularny.

Autorzy zaczynają wspomniany artykuł od stwierdzenia, że wbrew często powtarzanym opiniom „globalizacja, technologiczny boom i inne popularne czynniki mogą nie być głównymi powodami” spadku udziału wynagrodzeń amerykańskich pracowników w PKB. Skupili się w swojej pracy na drugiej stronie równania, czyli udziale kapitału w produkcji krajowej.

Ich głównym celem było sprawdzenie relatywnej siły wpływu różnych czynników na spadek udziału płac. Przeanalizowali 12 kluczowych sektorów amerykańskiej gospodarki, które odpowiadają za dużą część badanego zjawiska. Wnioski są bardzo zaskakujące. Chociaż globalizacja i adaptowanie nowych technologii odegrało pewną rolę, to znacznie istotniejsze okazały się inne czynniki (kolejność od najważniejszych do najmniej wpływających): znaczące zmiany cen surowców energetycznych i mineralnych oraz wyraźne sekwencje ożywienia i załamania w sektorze nieruchomości i budownictwie, wzrost amortyzacji wywołany między innymi przez wzrost znaczenia kapitału niematerialnego i własności intelektualnej, ekspansja ogromnych firm, zastępowanie pracy przez kapitał (pracowników przez roboty technologiczne na przykład) oraz globalizacja i spadek znaczenia związków zawodowych.

Ekonomiści, którzy pozytywnie postrzegają wzmacnianie się neoliberalnego porządku gospodarczego często argumentują, że szybki wzrost PKB sprawia, że wszystkie segmenty społeczeństwa zyskują. To tzw. teoria skapywania. Jednak jak powiedział w wywiadzie dla Grzegorza Sroczyńskiego Jacek Tomkiewicz, ta teoria nie działa w praktyce. Amerykanie doświadczają trwającej od dekad stagnacji realnych płac. Na skutek tego zaczęli finansować swoją konsumpcję kredytem. Doprowadziło to do bardzo szybkiego wzrostu zadłużenia gospodarstw domowych, które było jednym z głównych powodów zapaści gospodarczej z Lehman Brothers w tle. Z kolei firmy „siedzą na gotówce” – coraz mniej pożyczają, a duże nadwyżki finansowe inwestują na rynkach finansowych. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której zadłużają się głównie rządy i obywatele, natomiast firmy są stroną pożyczającą (bo to one lokują pieniądze w bankach lub innych produktach bankowych lub finansowych).

Cierpią na tym finanse publiczne, bowiem dochody dużych korporacji lądują często w rajach finansowych, natomiast rządy i obywatele muszą spłacać zadłużenie. Niskie wynagrodzenia pracowników to też niskie przychody do kasy państwa. To oczywiście uproszczony opis mechanizmu, który pokazuje jednak, dlaczego państwo i jego usługi publiczne muszą być „tanie” i dlaczego rosną nierówności. Podobno „przypływ zabiera wszystkie łodzie” (to metaforyczne ujęcie teorii skapywania). Warren Buffet mawia jednak, że „dopiero odpływ pokazuje, kto kąpał się bez kąpielówek”. Kryzys z 2008 roku pokazał, że to właściciele hipotek „nie potrafią pływać i toną”. Banki zbyt duże, by upaść, zostały uratowane przez podatnika, natomiast odpowiedzialni za powstanie kryzysu menedżerowie wyszli z niego właściwie bez szwanku.