Polacy lecą w wir wojny. Po co?

Mimo trwającej wojny na Bliskim Wschodzie, ostrzeżeń MSZ i organizacji lotniczych, wracają regularne połączenia do Dubaju i okolicznych miast. Latają przede wszystkim linie arabskie, ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy z Kataru. W Europie do uruchamiania połączeń w rejon Zatoki Perskiej nikt się nie pali.

Linie takie jak Lutfhansa czy Air France zawieszają połączenia. Narodowy przewoźnik LOT nie poleci do Dubaju i Tel Avivu co najmniej do 28 marca, a do Rijadu do 16 marca. Mimo apeli, jak ustaliliśmy codziennie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) lata sporo Polaków.

Minister Sikorski przekazał, że to 368 do ZEA, 271 do Omanu oraz 94 do Kataru. Z naszych ustaleń wynika, że ta liczba jest już znacznie większa. W ostatnich dniach do Dubaju czy Szardży wyleciało z kraju kilka samolotów, które były w połowie zapełnione. „Mam nadzieję, że nie będą domagać się ewakuacji na koszt podatnika” – napisał na portalu X minister Sikorski.

Konieczna zmiana przepisów? Minister apeluje

„Proszę Państwa o poparcie dla takiej zmiany ustaw, aby za powrót do kraju samolotem rządowym lub wojskowym z miejsc, gdzie były ostrzeżenia o niebezpieczeństwie, można było pobierać opłatę” – napisał później Radosław Sikorski.

To pokłosie dyskusji związanej z wylotami Polaków do ZEA, Omanu czy Kataru. Jeżeli połączenie powrotne realizuje LOT, trzeba kupić na nie bilet. Natomiast jeśli zakwalifikowane zostały jako lot ratunkowy, turyści są ewakuowani na koszt podatnika.

Czy trzeba zmienić przepisy? „Forsal” zapytał o to Macieja Laska, wiceministra odpowiedzialnego za lotnictwo.

- To jest dosyć trudne zagadnienie, również z punktu widzenia etycznego. Z jednej strony mamy obowiązek wobec wszystkich Polaków, którzy są za granicą, żeby jeżeli znajdują się w strefie zagrożenia, starać się ich jak najszybciej z tej strefy wywieźć. I to w tej chwili robimy. Natomiast z drugiej strony, trudno jest przejść do porządku dziennego nad tym, że w ciągu ośmiu dni, kiedy toczy się konflikt w Zatoce Perskiej, ponad 700 Polaków, w tym dzieci, wyjechało w rejon konfliktu – przyznaje.

Cała UE ostrzegała. Wielu nie posłuchało

Maciej Lasek nie opowiedział się jednoznacznie za zmianą przepisów. Przyznaje jednak, że MSZ od dwóch miesięcy ostrzegało przed lotami w rejon Zatoki Perskiej. Dziś apeluje do podróżujących o zdrowy rozsądek. - Linie europejskie ciągle nie mają rekomendacji, żeby móc wykonywać rejsowe, normalne loty w rejonach Zatoki Perskiej. Realizowane są albo rejsy ewakuacyjne, albo misje humanitarne, albo pomoc medyczna – tłumaczy.

Jak zaznacza, w dniu wybuchu wojny w ZEA było ok. 15 tys. obywateli Polski, z czego 5 tys. stanowili rezydenci. Oszacowano, że w Emiratach utknęło aż 400 tys. osób z Unii Europejskiej, mimo że każdy z krajów wspólnoty odradzał loty w tym kierunku. - My dzisiaj ściągamy Polaków, staramy się również, żeby budować ten wyższy poziom odpowiedzialności – mówi Lasek.

- LOT nie miał obowiązku ułatwienia powrotu z Dalekiego Wschodu, jednak uruchomił dodatkowy samolot, realizując w zasadzie pomoc Polakom, którzy utknęli tam przez działania innych linii lotniczych. Nagle okazało się, że bilety potrafiły kosztować po 20, 30, 50 tysięcy złotych. My wysyłamy samoloty na pusto po Polaków, w porozumieniu z biurami turystycznymi lub po odbiorców indywidualnych, którzy się zarejestrują, ale nie jest to pomoc za darmo – dodaje Lasek.