Z Anną Zabrzuch rozmawia Paulina Nowosielska
Anna Zabrzuch mediator przy Sądzie Okręgowym w Kielcach i Radomiu / Materiały prasowe
Reklama
W ilu mediacjach dotyczących rozwodów brała pani udział?
Przynajmniej w 400. Zarówno w postępowaniach ze skierowania sądu, jak i w przedsądowych, kiedy pary przyszły do mnie, zanim złożyły pozew.
Jaką siłę oddziaływania mają skierowania?
Sąd może postanowieniem skierować na mediacje. Może ją również zlecić na wniosek strony. Nie weszły zapowiadane rok temu przez Ministerstwo Sprawiedliwości przepisy, które nakładałyby na rozwodzących się obowiązek udziału w mediacji. Jedną z podstawowych zasad pozostaje więc dobrowolność. Nikt, łącznie z sądem, nie może do niej zmusić. Trzeba pamiętać, że ludzie są w emocjach i w różnym stopniu mają je przepracowane. Zawsze powtarzam, że lepiej, jeśli do mnie trafią, zanim wystąpią na oficjalną drogę sądową. Bo jest większe prawdopodobieństwo albo uratowania związku, albo rozwodu bez prania publicznie brudów.
Jaki ma pani staż w roli mediatora?
Od 2017 r. działam jako mediator stały przy sądach okręgowych w Kielcach i Radomiu. W 2004 r. skończyłam resocjalizację na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Mam wykształcenie psychologiczno-pedagogiczne. Jestem również magistrem psychologii biznesu. Robiłam też różne szkolenia i studia podyplomowe z zakresu mediacji i komunikacji. Ale nie chciałam zaczynać praktyki za wcześnie, by nie zrobić swoim klientom krzywdy. Zrobiłam to dopiero, gdy uznałam, że mam wystarczające doświadczenie zawodowe i życiowe.
Życiowe?
Moja zasada: najpierw trzeba mieć uporządkowane własne życie. Gdybym miała w nim bałagan, nie potrafiłabym pomagać innym, a nawet nie powinnam.

Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej oraz w eDGP.