Jednakże tymi nędznymi uliczkami musi chodzić ktoś, kto sam nie jest nędznikiem, ktoś, kto nie jest ani zdemoralizowany, ani tchórzliwy. (...) To on jest bohaterem, on jest wszystkim. Musi być człowiekiem pełnym, człowiekiem przeciętnym, a jednak niezwykłym. Musi być – jeśli użyć wyświechtanego wyrażenia – człowiekiem honoru, z instynktu, nieuchronnie, wcale o tym nie myśląc, a już z pewnością nie mówiąc. Musi być najlepszym człowiekiem w swoim świecie i dość dobrym dla każdego świata. (...) Jest prostym człowiekiem, w przeciwnym razie nie mógłby mieć do czynienia z prostymi ludźmi. Zna się na ludziach, w przeciwnym razie nie nadawałby się do swojego zawodu. (…) Powieść jest przygodą takiego człowieka w poszukiwaniu ukrytej prawdy i nie byłaby to przygoda, gdyby nie przydarzyła się temu, kto ma żyłkę do przygód”.

Czy mowa o wiedźminie Geralcie? Nie – to klasyk czarnego kryminału Raymond Chandler o prywatnym detektywie Philipie Marlowie. Ale to zgrzebne wdzianko pasowałoby wiedźminowi. Tak samo jak pasują do niego pierwsze sceny wielu westernów, gdy obcy wędruje przez miasteczko, kierując pierwsze kroki do saloonu, śledzony nieprzyjaznym wzrokiem miejscowych. „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę” – to początek pierwszego opowiadania Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie.

>>> Czytaj też: Witcher, nie Wiedźmin. Zyskaliśmy markę rozpoznawalną na całym globie 

Przywołałem frazy słynnego eseju Chandlera „Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych” i poetykę westernu, żeby od razu zaznaczyć, że z fantasy sprawa nie jest prosta. Bo czerpie ono z wielu źródeł, jest bogate, różnorodne, ciekawe. Owszem, przeważająca massa tabulettae fantasy to wymachujący mieczem muskularni wybrańcy losu, dziewczęta w pancernych stanikach, brodaci czarodzieje i niezadowoleni bogowie o imionach bez samogłosek. Ale to samo da się powiedzieć o każdej dziedzinie sztuki, czy to popularnej, czy to wysokiej – że nade wszystko jest śmietnikiem rozpaczliwego epigoństwa, grafomanii oraz nietrafionych pomysłów. Nie powinno nas to zniechęcać.

Tak się składa, że fantasy – obok opowieści o superbohaterach – to dziś najgorętszy temat w popkulturze i, jak mawiał Ostap Bender w „Dwunastu krzesłach” Ilfa i Pietrowa, klucze od mieszkania, w którym leżą pieniądze. Nasze dzieci wychowały się na przygodach Harry’ego Pottera, ekranizacje „Hobbita” i „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena zawładnęły na lata zbiorową wyobraźnią, nader emocjonalne recenzje finałowego sezonu „Gry o tron” (nakręconej na podstawie wielotomowej sagi George’a R.R. Martina „Pieśń lodu i ognia”) wyparły większość politycznych newsów z medialnych czołówek, od niedawna zaś z każdej lodówki dobiega piosenka „Toss a Coin to Your Witcher”. To zresztą miłe, że mamy wreszcie jakąś światową markę poza „Wyborową”, nawet jeśli do realizacji tego zadania potrzebna była amerykańska korporacja.

W sumie „Star Wars” to także dość stereotypowe fantasy – tyle że przebrane w kosmiczno-technologiczny kostium.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP