Na początku na głowy różnych ministerstw, w tym edukacji, ciskano gromy. Na MEN o tyle słusznie, że ówczesny minister stał co najmniej pół kroku za premierem i co najmniej dwa kroki za wydarzeniami. I o tyle niesłusznie, że naprawdę nie jakość „pandemicznej” edukacji wydawała się priorytetem, lecz obrona przed śmiertelną chorobą. Polska nie była jedynym państwem europejskim, które w szkolnych sprawach działało po omacku.

Prawdziwą klęską okazały się te miesiące, w których nacisk zelżał. W tle majaczyły przewidywania nowej, październikowej fali pandemii, jednak nie było jednomyślności specjalistów (i nic dziwnego, bo niby jak być tu czegoś pewnym!) ani co do czasu, ani co do skali. MEN wrócił do tego, co umie najlepiej, czyli do rutynowych decyzji o charakterze administracyjnym. Minister zaś do pohukiwania na określone siły kryjące się pod płaszczykiem. Tak odpowiedzieliśmy na koronawirusa.

A przecież, nawet gdyby zapowiadana druga fala miała się okazać lekka (nie okazała się), to oczywistym obowiązkiem władzy było zebranie doświadczeń i wskazanie możliwych wniosków płynących z czasów zdalnego nauczania. Trudne sytuacje, związane z np. mutacją wirusa grypy albo kryzysem klimatycznym, są na horyzoncie. Nie tylko koronawirus może okresowo zmuszać szkołę do trybu „zdalnego”!