Epidemia nadciągnęła niczym front atmosferyczny: niby można się spodziewać, że kiedyś nadejdzie, ale nikt nie bierze tego na poważnie. Cały świat śledził doniesienia z Wuhan, ale z jakiegoś powodu wypierał, że tragedia, która tam się właśnie działa, może zakazić nasze syte, spokojne życie tutaj. Nagle z ciekawostki („Ci Azjaci mają dziwne gusty kulinarne”) koronawirus zmienił się w realne zagrożenie dla naszej egzystencji. I kiedy my, cywile, komentujemy w mediach społecznościowych to, co naszym zdaniem powinny zrobić władze, na bój z patogenem wyruszyły zastępy ludzi. Ci, którzy wypowiadają się w tym tekście, wolą nie być rozpoznani. Niekoniecznie ze skromności – obawiają się, że mogą stracić pracę, jeśli powiedzą, że np. brakuje rękawiczek.

>>> Czytaj też: Czarny scenariusz na rynku pracy. Nawet 2 mln Polaków straci zatrudnienie 

Jakby nie było innych chorób

– Co ciekawe, od czasu ogłoszenia stanu epidemii wezwań do pacjentów jest mniej niż przedtem – ocenia Michał, ratownik medyczny, administrator jednej ze stron branżowych. Jednym z powodów jest to, że ludzie są już świadomi, iż nie powinni nadużywać numerów ratunkowych. O wiele rzadziej zdarzają się wezwania do bólu ucha czy wrośniętego paznokcia.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP