Aplikacja na smartfony ma być - wraz z funkcjonującym od niedawna systemem namierzania kontaktów zakażonych przez 25 tys. zatrudnionych do tego osób - kluczem do zapobiegania nowym wybuchom epidemii, a tym samym do zniesienia wprowadzonych ograniczeń.

Kilka tygodni temu na wyspie Wight na południu Anglii zaczęły się testy aplikacji opracowanej przez NHS, brytyjską służbę zdrowa, ale z czasem rząd coraz rzadziej wracał do tego tematu, co sugerowało, że testy nie wypadają pomyślnie.

Jak wyjaśnił na czwartkowej konferencji prasowej minister zdrowia Matt Hancock, przez ostatnie kilka tygodni równolegle testowana była także aplikacja dostarczona przez Google i Apple, ale żadna z tych dwóch nie sprawdziła się w pełni. Ta opracowana przez NHS dobrze sobie radziła z wykrywaniem odległości drugiego telefonu, ale niemal nie wykrywała iPhone'ów, z kolei aplikacja Google i Apple rejestrowała niemal wszystkie telefony, ale miała problem z odległością.

Tymczasem ideą aplikacji test to, by rejestrowała te kontakty użytkownika, kiedy znajduje się on przez przynajmniej 15 minut w odległości nie większej niż 2 metry od innego użytkownika - czyli w sytuacji, w której jest największe prawdopodobieństwo zakażenia się koronawirusem. W sytuacji gdy użytkownik będzie zakażony, zmienia swój status w aplikacji, a ta informuje osoby, które miały z nim bliski kontakt, że były narażone na zakażenie.

Reklama

Jak wyjaśniał Hancock, ze względu na to, że oprogramowanie Apple nie pozwala na używanie aplikacji zewnętrznych - i Apple tego nie zmieni - jedynym wyjściem jest współpraca z Google i Apple i opracowanie wspólnej aplikacji, która łączyłaby zalety obu testowanych. Ale realnym terminem opracowania takiej aplikacji jest jesień, podczas gdy jeszcze niedawno rząd planował, by zaczęłaby ona być powszechnie używana w czerwcu.