Analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Warszawie przyznał, że mamy do czynienia z największą eskalacją przemocy od dłuższego czasu.

"Punktem zapalnym była Jerozolima, ale fakt, że aktywniej włączył się w to Hamas poprzez ataki rakietowe na cele w Izraelu, co spotkało się z oczywistą reakcją sił izraelskich, wskazuje na to, że spirala przemocy będzie nakręcać się jeszcze przez najbliższe dni" - przewiduje Wojnarowicz.

Reklama

Głównym pretekstem ostatnich zajść jest sytuacja w dzielnicy Szejch Dżarra we Wschodniej Jerozolimie, gdzie część palestyńskich mieszkańców ma zostać wysiedlona, a ich miejsce mają zająć żydowscy osadnicy. Dochodzą do tego napięcia związane z dostępem do Wzgórza Świątynnego, plus rocznice: obchodzony 9-10 maja Dzień Jerozolimy, koniec ramadanu przypadający na 11 maja i obchodzony przez Palestyńczyków 15 maja dzień "katastrofy" (Nakba) jak nazywają oni utworzenie Izraela w 1948 r., które zapoczątkowało wielki palestyński exodus z ziem zajętych przez nowe wówczas państwo żydowskie. "Poziom napięć był więc bardzo wysoki i w pewnym momencie musiało to eskalować" - przyznaje Wojnarowicz.

Zwraca przy tym uwagę na sytuację polityczną w Autonomii Palestyńskiej i w Izraelu. "Po pierwsze, odwołano wybory palestyńskie zaplanowane na 22 maja. Obecnie Hamasowi na rękę jest pewna eskalacja, bo może dzięki temu ugrać polityczne punkty na palestyńskiej scenie politycznej, pokazać się jako ta siła, która przeciwdziała izraelskiej polityce we Wschodniej Jerozolimie" - tłumaczy analityk.

Po drugie, na konflikcie z Hamasem w krótkotrwałej perspektywie skorzysta premier Izraela Benjamin Netanjahu. "Wydawało się rząd Netanjahu jest tuż przed upadkiem, bo toczą się rozmowy koalicyjne w ramach opozycji. Szansa wymienienia premiera jest największa od lat, a w momencie, kiedy mamy otwarty konflikt ze Strefą Gazy, kiedy mamy niestabilną sytuację, kiedy trwają protesty ludności arabskiej w samym Izraelu, to wiadomo, że kwestie czysto gabinetowe schodzą na dalszy plan, a liczy się bezpieczeństwo" - wyjaśnia rozmówca PAP.

Wskazuje, że dużo zależy teraz od nacisków zagranicznych, w tym od Egiptu i Kataru, państw, które zawsze odgrywały istotną rolę w mediacjach izraelsko-palestyńskich. "Teraz dużo ważniejszy jest też głos państw arabskich, szczególnie tych, które podpisały normalizację stosunków z Izraelem" - Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Maroka, Sudanu - dodaje.

W obecnej sytuacji wzrostu przemocy ekspert nie wyklucza operacji lądowej Izraela, choć według niego "byłoby to dość duże posunięcie". "Już mieliśmy informację o dodatkowej mobilizacji rezerwistów, ale większość pocisków ze Strefy Gazy przechwytuje system Żelazna Kopuła, więc straty po stronie izraelskiej są mniejsze. Wszystko zależy od kolejnych dni, jaki będzie bilans strat po obu stronach. Póki co wydaje się, że po obu stronach jest poczucie, że trzeba pokazać siłę" - ocenia rozmówca PAP.

Do wzrostu napięć przyczynił się plan eksmisji mieszkańców osiedla we Wschodniej Jerozolimie na wniosek grupy żydowskich osadników. Izraelski Sąd Najwyższy miał w poniedziałek rozpatrzyć apelację w sprawie planowanej eksmisji kilku palestyńskich rodzin z położonej we Wschodniej Jerozolimie dzielnicy Szejch Dżarra, jednak wyrok został odroczony "ze względu na okoliczności". Sąd niższej instancji uznał wcześniej roszczenia izraelskich osadników i zdecydował o przesiedleniu rodzin. Tereny te są od 1967 roku okupowane przez Izrael.

Pytany o legitymizację tej decyzji, Wojnarowicz odpowiada, że mamy tu do czynienia "z jednym z najgłębszych przejawów sporów izraelsko-palestyńskich, a więc z kwestiami własnościowymi".

"Akurat w tym przypadku roszczenia izraelskie mają pewne uzasadnienie historyczne. Te tereny w tej dzielnicy były własnością żydowską przed II wojną światową. Po 1948 r. żydowska obecność tam zaniknęła, to była część Wschodniej Jerozolimy znajdująca się pod kontrolą jordańską i tam, gdzie mieszkali Żydzi, osiedlili się Palestyńczycy, którzy zostali z kolei wygnani ze swoich domów na terenie Izraela w 1948 r." - tłumaczy.

Po wojnie sześciodniowej w 1967 r. całą Jerozolimę zajął Izrael, oficjalnie zaanektował tę wschodnią część, co nie zostało uznane w świetle prawa międzynarodowego. "Teraz mamy taką sytuację, że w dzielnicy Szejch Dżarra są mieszkańcy, którzy przybyli tam po 1948 r. i są konkretne żądania powrotu tej własności do rąk żydowskich (...). Chcę podkreślić, że nawet jeśli w tym przypadku żądania izraelskie mają historyczne uzasadnienie, to jednak w druga stronę to nie działa. Muzułmanie, Palestyńczycy nie mają żadnych możliwości, żeby odzyskać swoje własności na terenie Izraela. Stąd jest to poczucie niesprawiedliwości, a to nakłada się na powszechne problemy na Zachodnim Brzegu Jordanu z rosnącą działalnością osadników, a z kolei na terenie Izraela miejscowości arabskie mają dużo mniejsze możliwości rozwoju niż żydowscy sąsiedzi" - podsumowuje Michał Wojnarowicz.

Rozmawiała Karolina Cygonek (PAP)

cyk/ jar/