Gdy w wyszukiwarkę Google’a wpisze się frazę „łubin na Islandii”, w pierwszej kolejności dostaniemy wiele zdjęć przedstawiających rozległe pola jasnofioletowych kwiatów w surowym północnym pejzażu. Wygląda to rzeczywiście imponująco. Rzecz w tym, że łubin alaskański (lupinus nootkatensis) nie jest tu rośliną rodzimą. Sprowadzono go po II wojnie światowej, by użyźnić islandzkie gleby i dać wyspie szansę na ponowne zalesienie. Tamtejsze knieje zostały wycięte jeszcze w średniowieczu, a wyjątkowo silne procesy erozyjne spowodowały, że las nie był się już w stanie odtworzyć. Łubin nie rozwiązał problemu deforestacji, ale poczuł się na Islandii na tyle komfortowo, że porasta już około 1 proc. powierzchni wyspy (to mniej więcej 1 tys. km kw.) i ma ochotę na więcej.
Owszem, u nas też licznie występują rośliny inwazyjne - zwłaszcza od kiedy klimat nam się nieco zagotował - ale Islandia jest pod wieloma względami inna: bardziej izolowana i zarazem bardziej podatna na rozmaite ogólnoświatowe procesy. O tej osobliwej inności traktuje znakomita „Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat” autorstwa islandzkiego dziennikarza Egilla Bjarnasona - książka, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich popularyzatorów nauki. Bjarnason swobodnie przechodzi od historii do polityki, od polityki do ekologii, a od ekologii do gospodarki. Jest zwięźle, zabawnie i pomysłowo. Wspomniany łubin także występuje w „Wielkiej historii małej wyspy”, będąc w istocie pretekstem do opowieści nie tylko o islandzkim ekosystemie, lecz także o dramatycznych przemianach, jakie dotknęły tę ziemię po II wojnie światowej, o skoku w globalny kapitalizm, o rozmaitych projektach inżynierii społecznej i środowiskowej.
Reklama
Egill Bjarnason ,„Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat”, przeł. Agnieszka Nowakowska, Znak Literanova, Kraków 2022 / nieznane
Podtytuł „Jak Islandia zmieniła świat” jest nieco prowokacyjny. „(…) Islandia (…) poniekąd stanowi pępek tego świata, choć równocześnie bywa marginalizowana jako osobliwość. (…) Zagraniczni turyści przyjeżdżają tutaj z wyrobionymi z góry wyobrażeniami na temat Islandii. Traktują ją jak inną planetę. Myślą, że jest lodową pustynią. Jakimś luksusowym parkiem rozrywki czy twierdzą wikingów. (…) Ta książka to opowieść, która ma na celu skłonić do świeżego spojrzenia na kanon historii Zachodu. Próba ukazania Islandii jako głównego aktora na arenie globalnej na pierwszy rzut oka może wydać się zbyt śmiała. Przecież moja wyspa nigdy nie miała armii i nigdy nie atakowała militarnie innych krajów. Nie spiskowała przeciwko zagranicznym liderom czy władcom, nie prowadziła wojen i nigdy nie miała mocarstwowych aspiracji” - pisze Bjarnason, a jednak twierdzi, że jej „odciski palców znaczą całe dzieje Zachodu”.
Islandia oczywiście nie była i nie jest centrum zarządzania światem - podobnie jak nie była i nie jest nim Polska - niemniej w przypadku wyspy z Północy kluczowe okazuje się co innego: kontrast między liczebną niepozornością populacji (współcześnie mniej więcej tyle samo mieszkańców ma Lublin) a jej historyczną istotnością. A także kontrast między peryferyjnym położeniem a kluczową rolą w paru ważnych globalnych procesach.
Bjarnason opowiada o tym, jak na Islandii spisano i przechowano mitologię nordycką, którą wszędzie indziej wyrugowało chrześcijaństwo (pożytek z prowincjonalizmu), i jak wyspa stała się nieruchomym amerykańskim lotniskowcem w czasach II wojny światowej i w epoce zimnowojennej (korzyść z lokalizacji geograficznej), dzięki czemu ani naziści, ani Sowieci nie dali rady przejąć kontroli nad północnym Atlantykiem. Opowiada także o przygodzie Islandczyków z demokracją - najstarszy istniejący parlament, Althing, obradował od roku 930 na polach Pingvellir na wschód od Reykjaviku (atut niewielkiej, ale bardzo rozproszonej populacji, która obywała się bez absolutystycznej władzy).
Niektóre globalizacyjne interwencje wychodziły zresztą Islandczykom bezwiednie. Wynikały z procesów sejsmicznych. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak erupcja wulkanu o niewymawialnej nazwie Eyjafjallajökull i wzniesiona przez nią chmura zanieczyszczeń spowodowały w kwietniu 2010 r. zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Europą, wielce komplikując przylot głów państw na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Z perspektywy islandzkiej nie było to wszelako zdarzenie nadzwyczajne, w przeciwieństwie do np. erupcji wulkanu Laki z lat 1783-1784, która trwała bez przerwy przez osiem miesięcy. „Lawa wypluta przez Laki zalała obszar o powierzchni pięciuset siedemdziesięciu kilometrów kwadratowych warstwą prawie metrowej grubości, by zastygnąć w bazalt, którym można by wybrukować całe Chicago” - pisze Bjarnason. Do atmosfery wydostało się 120 mln ton pyłu i trujących gazów. Na Islandii wymarła ponad połowa zwierząt hodowlanych i jedna czwarta ludzi. Ale to nie wszystko: ucierpiała cała półkula północna - Laki wywołał zimę w środku lata, zlikwidował monsuny w Azji, trujące gazy zabijały bydło i ludzi choćby w Anglii i we Francji. W tej drugiej „ochłodzenie klimatyczne wskutek wybuchu Laki nałożyło się na panujący od dwóch dekad nieurodzaj, z którym wiązał się wzrost cen chleba, i jesienią 1783 roku wybuchły rozruchy” - wspomina Bjarnason. A sześć lat później wybuchła tam rewolucja, która niewątpliwie zapoczątkowała nową epokę w dziejach świata.