Theresa May po niemal trzech latach odchodzi dziś, w piątek, ze stanowisk premiera Wielkiej Brytanii i szefowej torysów. Odchodzi w niesławie, bo nie udało się jej sfinalizować brexitu. Szydzą z niej media od lewa do prawa, bo przegrała wszystkie głosowania w Izbie Gmin dotyczące wariantów rozwodu z Unią Europejską, zaś na koniec poniosła klęskę w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zajmując wraz ze swoim ugrupowaniem piąte miejsce z niecałymi 9 pkt proc. głosów. To najgorszy wynik torysów.

Na werdykt historii w jej sprawie będziemy musieli trochę jednak poczekać. Po pierwsze, May zdecydowała się na zadanie, którego wykonanie od początku graniczyło z niemożliwością, bo kolejne traktaty o Unii Europejskiej nie ustaliły procedury opuszczenia Wspólnoty. Po drugie, szarżujący dziś w sprawie brexitu Boris Johnson (i inni politycy mężczyźni) trzy lata temu, po referendum, woleli stanąć w drugim szeregu. Po trzecie, jeśli Zjednoczone Królestwo rozwiedzie się z Brukselą 29 października bez porozumienia, czyli nastąpi twardy brexit, a za nim gospodarcza i polityczna katastrofa, May będzie wspominana jako ostatnia, która chciała Wielką Brytanię ratować.

Tymczasem w Partii Konserwatywnej toczy się walka o przywództwo. Nadzieją frakcji życzliwie nastawionej wobec UE jest Jeremy Hunt, urzędujący minister spraw zagranicznych, w rządach Davida Camerona odpowiedzialny za resort zdrowia. Reprezentuje w partii centrowe skrzydło, odwołujące się do historycznego nurtu one-nation conservatism, konserwatyzmu opiekuńczego albo – jak mawia się współcześnie – współczującego. To nurt w partii przeciwny prywatyzacji National Health Service, publicznego systemu opieki zdrowotnej, piątego pod względem wielkości pracodawcy na świecie, zatrudniającego ok. 1,7 mln ludzi.

Boris na czele

To dziś najważniejszy jego wyróżnik, bo prezydent USA Donald Trump podczas minionej wizyty w Wielkiej Brytanii poruszył kwestię prywatyzacji szpitali, jeśli po brexicie miałaby się zawiązać unia celna między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią. Wcześniej Hunt powiedział „Financial Times”, że opowiada się za dalszą współpracą angielskich firm farmaceutycznych z unijnymi agencjami regulującymi sprawy związane z rynkiem zdrowia. Jeden z urzędników jego ministerstwa, zachowując anonimowość, tłumaczył potem mediom, że to niekonsultowana z kierownictwem resortu samowolka. A szefowi dyplomacji chodzi po prostu o uchronienie usług medycznych i cen leków przed deregulacją na wzór amerykański. Poza tym Hunt był i jest zwolennikiem austerity, polityki oszczędności, którą przedsięwzięła większość państw europejskich po ostatnim kryzysie. Między neoliberałami a lewicą cały czas trwa spór, czy jest to wybór konieczny, czy ideologiczny.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP