Marsz z 18 sierpnia 2019 roku był jednym z największych w historii Hongkongu. Uczestniczyła w nim prawie jedna czwarta wszystkich mieszkańców miasta. Ludzie protestowali przeciwko projektowi umożliwienia ekstradycji podejrzanych z Hongkongu do Chin kontynentalnych, gdzie sądy podporządkowane są Komunistycznej Partii Chin.

Władze początkowo wycofały projekt, ale w 2020 roku, gdy w związku z pandemią Covid-19 protesty wygasły, Pekin narzucił Hongkongowi jeszcze surowsze przepisy bezpieczeństwa państwowego, podobne do tych, jakie na kontynencie używane są do zwalczania dysydentów. Przyjęta reforma systemu wyborczego uniemożliwia natomiast zwycięstwo demokratów.

Reklama

Organizator marszu z 18 sierpnia i wielu innych dużych, pokojowych demonstracji, Obywatelski Front Praw Człowieka (CHRF), ogłosił w ubiegłym tygodniu zakończenie działalności, uzasadniając to bezprecedensową opresją. Władze twierdzą z kolei, że przepisy bezpieczeństwa są potrzebne, by ustabilizować sytuację po fali protestów z 2019 roku, które często przeradzały się w brutalne starcia z policją.

Od początku fali protestów z 2019 roku hongkońska policja aresztowała pod różnymi zarzutami co najmniej 173 znanych działaczy demokratycznych, w tym 108 radców dzielnic – obliczył w lipcu dziennik „South China Morning Post”. Dziesiątki aktywistów oskarżono o działalność wywrotową, za co może grozić nawet dożywocie.

Na kary więzienia skazano część spośród najbardziej wpływowych działaczy, w tym byłego posła Lee Cheuk-yana. Znany prawnik Martin Lee, zwany w Hongkongu „ojcem demokracji”, usłyszał wyrok w zawieszeniu za udział w protestach. W więzieniu siedzi między innymi Joshua Wong, który zyskał sławę jako jeden z przywódców "rewolucji parasolek" z 2014 roku.

Inny młody działacz i były poseł Nathan Law w obawie przed prześladowaniami wyemigrował do Londynu, gdzie dostał azyl polityczny. Hongkong odnotował w ciągu ostatniego roku spadek liczby ludności o 1,2 proc. To największy ubytek co najmniej od 1961 roku, gdy zaczęto publikować porównywalne dane. Z miasta wyprowadziło się prawie o 90 tys. osób więcej, niż do niego wprowadziło.

Tysiące Hongkończyków spakowały walizki, by uciec przed kampanią zwalczania sprzeciwu, uruchomioną przez władze w odpowiedzi na protesty z 2019 roku. Wiosną i latem hongkońskie lotnisko było często miejscem łzawych pożegnań mieszkańców wyjeżdżających z miasta na zawsze, najczęściej do Wielkiej Brytanii, która w odpowiedzi na działania chińskich władz zaoferowała im drogę do obywatelstwa – podała niedawno agencja AFP.

Władze wymusiły również zamknięcie największego prodemokratycznego dziennika w Hongkongu, popularnego tabloidu „Pinggwo Yatbou” („Apple Daily”). Jego założyciel Jimmy Lai został skazany na 20 miesięcy więzienia za udział w protestach. Oskarżono go również o „zmowę z obcymi siłami” w celu podważenia bezpieczeństwa państwowego ChRL, za co może mu grozić dożywocie.

Zamknięciu „Pinggwo Yatbou” towarzyszą zmiany w mediach publicznych. Z ramówki stacji RTHK zniknęły niewygodne dla władz programy, dziennikarze byli karani za patrzenie władzom na ręce, a należący do chińskiej firmy Alibaba dziennik „South China Morning Post” coraz częściej oskarżany jest przez komentatorów o promowanie chińskiej propagandy.

Do niedawna za symbol wolności Hongkongu na tle Chin kontynentalnych uznawano fakt, że mogły się tam odbywać duże rocznicowe zgromadzenia ku czci ofiar masakry na placu Tiananmen w Pekinie z 1989 roku. Przy okazji ostatnich dwóch rocznic władze nie zezwoliły jednak na czuwania przy świecach również w Hongkongu, uzasadniając to pandemią Covid-19.

W mieście trwa obecnie proces wyłaniania komitetu elektorów, który wybiera szefa lokalnej administracji, a po najnowszej reformie będzie mógł również dyskwalifikować kandydatów na posłów. Ma to zapewnić, że Hongkongiem będą rządzili wyłącznie „patrioci” lojalni wobec komunistycznych władz w Pekinie. Prawie wszyscy kandydaci do komitetu to propekińscy lojaliści, a o 980 dostępnych miejsc ubiega się tylko 1056 osób.