"We Francji nikt nie rozumie zacięcia, z jakim socjaldemokraci i Zieloni walczą o to, żeby niemiecka chadecka polityk Ursula von der Leyen nie została szefową Komisji Europejskiej. Pierwszy raz od dziesięcioleci Niemcy mają szansę na najwyższe stanowisko. Ich kandydatce nawet przeciwnicy nie odmawiają kompetencji i politycznego doświadczenia. I mimo tego, to właśnie głównie Niemcy prowadzą kampanię wyborczą przeciwko von der Leyen" - opisuje sytuację przed wtorkowym głosowaniem ekonomiczny dziennik z Duesseldorfu.

"Handelsblatt" jest pewien, że większość krajów UE w podobnym przypadku szybko zwarłoby szeregi za swoją kandydatką, nawet gdyby wcześniej ją zwalczało. Przypomina, że Francuzka Christine Lagarde, nominowana na prezes Europejskiego Banku Centralnego (ECB), nie jest polityczną przyjaciółką prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

"Niemcy jednak chętnie zajmują się zasadami. Jest to dobre do momentu, kiedy debata skupia się na demokracji czy praworządności jako takich. Kiedy jednak w centrum dyskusji znajdują się procedury i to w dodatku nieaktualne, kojarzy się to z tępotą" - konstatuje gazeta. "Niestety w przypadku niemieckich socjaldemokratów i Zielonych w Parlamencie Europejskim właśnie z tym mamy do czynienia. Ich zdaniem von der Leyen nie może stanąć na czele KE, bo nie była wiodącą kandydatką w wyborach" - dodaje dziennik, zaznaczając jednocześnie, że jej odrzucenie nie oznacza powrotu mechanizmu tzw. spitzenkandidaten. Wyłonieni w tym systemie Manfred Weber czy Frans Timmermans nie mają szans na to stanowisko, nie znaleźli bowiem poparcia ani w PE, ani w Radzie Europejskiej.

Pozostałe komentarze niemieckiej prasy skupiają się głównie na decyzji von der Leyen, by zrezygnować ze stanowiska minister obrony w rządzie Angeli Merkel.

"Nawet w przypadku przegranej w Strasburgu nie chce być członkiem gabinetu. Jest to podwójnie mądre. Po pierwsze, z punktu widzenia szans wyborczych: nie rosną one, jeśli pozostawia sobie drogę odwrotu. Po drugie, z powodu doświadczenia wskazującego, że asekurancka mentalność jest w polityce nie do obrony" - chwali chadecką kandydatkę lewicowo-liberalny "Tagesspiegel".

Zdaniem berlińskiego dziennika w razie porażki w PE autorytet von der Leyen byłby mocno nadwątlony i Merkel i tak skłoniłaby ją do dymisji.

Podobnie posunięcie von der Leyen interpretuje konserwatywny "Frankfurter Allgemeine Zeitung". "Nie każdy musi to uznawać za duże wyrzeczenie. Jest to jednak taktycznie mądry ruch. Chce ona odebrać socjaldemokratom i Zielonym jak najwięcej argumentów, by na nią nie głosować. Również dlatego lista obietnic, z którymi staje przed Parlamentem Europejskim, zawiera coś dla każdego: więcej ochrony klimatu, więcej praw dla Parlamentu, więcej socjalnej Europy. Trudno sobie wyobrazić więcej +więcej+, ale nawet to może okazać się za mało" - pisze "FAZ".

Von der Leyen zapowiedziała w poniedziałek, że niezależnie od wyniku wtorkowego głosowania w Parlamencie Europejskim w środę zrezygnuję z funkcji ministra obrony Niemiec. Kanclerz Merkel w reakcji na ten krok powiedziała, że szanuje decyzję swojej minister.

Głosowanie, po którym okaże się, czy von der Leyen zostanie zaakceptowana jako szefowa KE, zaplanowane jest na wtorkowy wieczór.

W dwóch pismach do eurodeputowanych socjalistów i frakcji Odnowić Europę, z których treścią zapoznała się PAP, von der Leyen uszczegółowiła w poniedziałek swoje stanowisko w kluczowych unijnych sprawach. Wprowadzenie w UE płacy minimalnej, zasiłku dla bezrobotnych, podatku węglowego od emisji CO2, a także pilnowanie przestrzegania praworządności - to niektóre z jej obietnic.

>>> Czytaj też: Von der Leyen: Nie będzie kompromisów, jeśli chodzi o poszanowanie zasad praworządności