Wojna Ameryki przeciw Chinom lub Rosji byłaby czymś naprawdę okropnym. Nawet jeśli USA wygrałyby taki konflikt – a co do tego nie można mieć pewności – to Waszyngton poniósłby olbrzymie koszty i poważne konsekwencje. Na tle potencjalnej wojny z Chinami czy Rosją amerykańskie interwencje w Iraku i w Afganistanie byłyby czymś zupełnie mało znaczącym.

Czy istnieje zatem sposób, dzięki któremu USA mogłyby przeszkodzić chińskiemu atakowi na Pacyfiku lub rosyjskiej grabieży terytoriów w Europie Wschodniej, bez konieczności pokonywania czołowych sił wroga? Takie skłaniające do myślenia pytanie leży u podstaw pomysłu „eskalacji poziomej”.

Określenie to dotyczy strategicznej koncepcji, polegającej na uderzeniu w słabe obszary wroga poza teatrem, gdzie rozpoczęła się walka, dzięki czemu możliwe jest uniknięcie konfrontacji z czołowymi siłami przeciwnika w głównym teatrze wojny. Ta atrakcyjna idea spotkała się nawet z zainteresowaniem i poparciem kilku kluczowych postaci w obszarze amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego, ale prawdopodobnie nie sprawdzi się w praktyce.

„Eskalacja horyzontalna” ma być odpowiedzią na poważny problem związany z koniecznością bezpośredniego przeciwdziałania i pokonania agresji Rosji lub Chin.

Symulacje przeprowadzone przez think tank Rand Corporation pokazały, że jeśli Pekin zdecyduje na użycie siły przeciw Tajwanowi lub jeśli Rosja zaatakuje państwa bałtyckie, USA znalazłyby się pod wielką presją, aby w efektywny sposób odpowiedzieć na te działania.

Siły USA musiałyby w takiej sytuacji podjąć walkę na odsłoniętych terytoriach tuż przy granicy w głównym wrogiem. Wiązałoby się to z koniecznością stworzenia sprawnych i mających dużą moc sił daleko od własnych granic w miejscu, gdzie Chiny i Rosja mają bardzo duże zdolności antydostępowe. Byłoby to znacznie trudniejsze niż jakiekolwiek zadanie amerykańskiej armii od czasów II wojny światowej.

Tłumienie możliwości wroga wiązałoby się z dodatkowymi niebezpieczeństwami. Usunięcie rosyjskiej artylerii dalekiego zasięgu lub neutralizacja chińskich rakiet przeciwokrętowych może wymagać uderzenia w cele znajdujące się na terytorium Rosji lub Chin (w przypadku Rosji sytuację pogarsza fakt, że rosyjski obwód kaliningradzki, wciśnięty między Polskę a Litwę, znajduje się za linią frontu NATO). Działania tego rodzaju wzmagałyby ryzyko groźby użycia przez przeciwnika broni atomowej wobec USA lub któregoś z amerykańskich sojuszników.

Na tle takiego scenariusza strategia „eskalacji poziomej” wydaje się bardzo atrakcyjna. Przez wiele lat amerykańscy stratedzy byli przekonani, że na potencjalną agresję ze strony Chin na Zachodnim Pacyfiku Waszyngton powinien odpowiedzieć blokadą morską, która pozbawiłaby Państwo Środka ropy oraz dopływu kluczowych surowców. Podobnie w przypadku Rosji – USA oraz ich sojusznicy mogliby ukarać Moskwę nakładając na nią surowe sankcje finansowe oraz usuwając ją z globalnego systemu płatności SWIFT. Teoretycznie amerykańskie wojsko mogłoby nawet przeprowadzić operacje w mniej ważnych teatrach, np. biorąc na cel rosyjskie siły w Syrii, dzięki czemu udałoby się odwrócić uwagę wroga od głównego teatru.

Zwolennicy strategii „eskalacji horyzontalnej” twierdzą, że zamiast konfrontacji z Chinami i Rosją tam, gdzie byłoby to najtrudniejsze i najbardziej wymagające, USA powinny poszerzać konflikt na te obszary, gdzie mają przewagę, zadając wystarczająco mocne ciosy, które zabolą przeciwnika.

Koncepcja „eskalacji poziomej” zakłada, że USA mogą prowadzić wojnę bardziej na własnych warunkach niż na warunkach wroga, co miałoby pozwolić na osiągnięcie zwycięstwa bez płacenia dotkliwej ceny bezpośredniej konfrontacji w głównym teatrze. Niestety teoria ta jest zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa – ostatecznie bowiem rozbija się o kilka kluczowych przeszkód.

Słabości strategii "eskalacji horyzontalnej"

Po pierwsze, w koncepcji „eskalacji poziomej” nie docenia się zaangażowania przeciwnika. Rosja i Chiny to reżimy autorytarne, które czerpią swoją legitymizację z nieustannego wzniecania nacjonalizmu. Autorytarni przywódcy wiedzą, że rozpoczęcie konfliktu z USA, a następnie wycofanie się, gdy ich siły nie zostałyby jeszcze pokonane, byłoby polityczną katastrofą. Jeśli Moskwa lub Pekin zdecydują się na wejście w grę z użyciem siły, to prawdopodobnie będą też gotowi na poniesienie pewnych ofiar, aby tylko uniknąć porażki w głównym teatrze. Dotyczy to szczególnie tych konfliktów, w których obiekt agresji jest uznawany za część terytorium adwersarza, zaś przywrócenie go do macierzy jest kluczowe dla prestiżu danego reżimu autorytarnego (np. Tajwan).

Sankcje finansowe lub blokady morskie mogą spowodować dotkliwe konsekwencje, ale prawdopodobnie nie będą w stanie skłonić chińskich przywódców do ustąpienia. Co więcej, zarówno Chiny jak i Rosja pracują nad tym, aby zmniejszyć swoją zależność od tego rodzaju presji: Rosja poprzez zachęcanie oligarchów do przenoszenia swoich majątków do kraju, zaś Chiny poprzez budowę lądowych szlaków dostaw, zmniejszających podatność na amerykańską władzę na morzach.

Po drugie, w koncepcji „eskalacji horyzontalnej” występuje problem czasu. Przymus, szczególnie ten o charakterze ekonomicznym, potrzebuje czasu, aby mógł przynieść odpowiednie konsekwencje. W tym czasie agresor będzie konsolidował swoje zdobycze i umacniał się na pozycji, z której trudno będzie go zbić – uważa Elbridge Colby, były urzędnik administracji Trumpa związany z Pentagonem.
W czasie, gdy USA będą czekać na efekty swoich działań, sytuacja na lądzie oraz przy stole negocjacyjnym będzie ulegała stałemu pogorszeniu. Państwa frontowe, takie jak kraje bałtyckie, mogą być w tym czasie narażone na rosyjskie działania lub nawet okupację. Takie ryzyko sprawia, że raczej nie będą chciały antagonizować swoich stosunków z Moskwą czy Pekinem w imię sojuszu z USA.

Po trzecie, koncepcja „eskalacji poziomej” ma wielki potencjał do eskalacji. Blokada morska Chin w trwały sposób zakłóciłaby funkcjonowanie światowej gospodarki, nie mówiąc o konsekwencjach konfliktu na Zachodnim Pacyfiku. Jeśli USA blokowałyby transport ropy do Chin oraz blokowałyby jakikolwiek ruch morski do Państwa Środka, to mogłyby być postrzegane jako strona, która w niebezpieczny sposób intensyfikuje wojnę.

Oczywiście USA wciąż mogą rozważać różne formy „eskalacji horyzontalnej” w ramach konfliktu z Rosją czy Chinami, ale charakter tych działań byłby raczej uzupełniający, natomiast nie mógłby zastąpić odpowiedzi Waszyngtonu w głównym teatrze działań.

Słabość „eskalacji poziomej” jako samodzielnej koncepcji tkwi w tym, że aby Ameryka mogła skutecznie bronić swoich interesów w Europie i na Zachodnim Pacyfiku, to przede wszystkim musi być w stanie zapobiec agresji Chin czy Rosji. To jednak, jak stwierdza się w Narodowej Strategii Obrony oraz w ramach Komisji ds. Narodowej Strategii Obrony, nie będzie łatwe. Będzie wymagało skłonienia sojuszników bardziej do tworzenia i rozwoju własnych możliwości antydostępowych, niż do rozwoju i zakupu droższych i mniej użytecznych samolotów i okrętów, które m.in. Tajwańczycy tak bardzo kochają.

Będzie to również wymagało inwestycji w nowe technologie, które pozwolą USA na projekcję siły nawet na trudnych obszarach oraz rozwoju nowych koncepcji operacyjnych, które pozwolą Ameryce na bardziej efektywne wykorzystanie swoich zasobów. Dodatkowo będzie to wymagało także rozsądnego ulepszenia amerykańskiego arsenału jądrowego, dzięki czemu przeciwnicy nie będą próbowali eskalacji konfliktu na własną rękę i innymi metodami.

Wszystkie te zmiany to dopiero początek, zaś wprowadzenie ich w życie będzie dużym testem tego, czy USA są w stanie sprostać wyzwaniom odstraszania i obrony w XXI wieku. Biorąc pod uwagę niedoskonałości koncepcji „eskalacji horyzontalnej”, skupianie się na szerokich wyzwaniach jest wciąż najlepszym podejściem.

>>> Czytaj też: Wielka siła czy wielka słabość USA? Zobacz, co ujawnia kryzys wokół Iranu [OPINIA]