Co dzieje się z małymi państwami, które są położone na granicach stref wpływów w warunkach rozpadającego się porządku międzynarodowego? Przykład Filipin może dać nam pewien wgląd.

W czasie ostatnich trzech lat można było zaobserwować stopniową erozję stosunków Filipin z USA oraz słabnący opór Manili przed chińskim ekspansjonizmem w obszarze Morza Południowochińskiego. Jest bardzo kuszące, aby o ten stan rzeczy oskarżyć ekscentrycznego prezydenta kraju Rodrigo Duterte, który w ostentacyjny sposób lekceważył Waszyngton i zalecał się do Pekinu. Jednakże zmiana sytuacji tak naprawdę odzwierciedla głębsze przekonanie, że amerykańskie wpływy słabną wraz ze wzrostem potęgi Chin, zaś przypadek Filipin może być zapowiedzią ponurej przyszłości w regionie Azji i Pacyfiku.

USA i Filipiny posiadały pakt obronny od 1951 roku, a wzajemne relacje tych państw miały swoje wzloty i upadki. Po zakończeniu zimnej wojny amerykańsko-filipiński sojusz popadł w zapomnienie, zaś wśród Filipińczyków pojawiły się silne emocje nacjonalistyczne, które miały prowadzić do wycofania z kraju sił USA. Mimo tego przez 20 lat zarówno amerykańscy, jak i filipińscy urzędnicy pracowali nad tym, aby partnerstwo obu krajów było realne.

Pod koniec 2016 roku Filipiny znajdowały się w samym centrum amerykańskiej strategii w Azji Południowo-Wschodniej. Oba kraje implementowały wówczas umowę o pogłębionej współpracy wojskowej (Enhanced Defense Cooperation Agrement), która umożliwiała wojskom USA dostęp do pięciu ważnych baz na Filipinach. Manila pełniła przewodnią rolę w finansowanej przez USA Inicjatywie na rzecz Bezpieczeństwa Morskiego w Azji Południowo-Wschodniej (Southeast Asia Maritime Security Initiative), dzięki której kraje regionu mogły w lepszy sposób widzieć i stawiać opór rosnącej potędze Chin.

Filipińscy i amerykańscy urzędnicy wywierali dyplomatyczny i prawny nacisk na Chiny, zaciągając Pekin przed Stały Sąd Arbitrażowy ws. nielegalnych połowów i budowy sztucznych wysp na Morzu Południowochińskim.

Rodrigo Duterte zmienia kierunek

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Duterte objął prezydenturę na Filipinach w 2016 roku i od razu zapowiedział „separację” od USA oraz zwrot w kierunku Chin i Rosji. Duterte nazwał prezydenta Baracka Obamę „sukinsynem” po tym, jak prezydent USA wytknął prezydentowi Filipin duże naruszenia praw człowieka przy okazji krwawej wojny z narkotykami.

Po oficjalnej inauguracji prezydentury Duterte, wdrażanie umowy obronnej zaczęło spowalniać, zaś dwustronne ćwiczenia wojskowe czasowo zdegradowano. Nawet po tym, jak w lipcu 2016 roku międzynarodowy sąd wydał wyrok na korzyść Filipin, Duterte zamiast stawiać opór Pekinowi, przystosował się do chińskich działań na Morzu Południowochińskim. Filipiński prezydent podpisał również szereg umów z Chinami, które pozwalają Państwu Środka na inwestycje w krytycznie ważną infrastrukturę komunikacyjną na terenie filipińskich baz wojskowych.

Polityczny hedging

Sprawy z czasem nieco się ustabilizowały. Duterte wycofał się ze składanych na początku kadencji gróźb, że należy wycofać z Wysp wojska amerykańskie. Być może dlatego, że prezydent Filipin zdał sobie sprawę z tego, że amerykańska obecność wojskowa w gruncie rzeczy podnosi wartość negocjacyjną Manili w relacjach z Pekinem.

Codzienna współpraca pomiędzy siłami USA i Filipin pozostaje względnie silna. Wcześniej w tym roku w ramach corocznych ćwiczeń Balikatan trenowano odparcie ataku desantowego ze strony niezidentyfikowanego kraju, choć nie jest wielką tajemnicą, jaki kraj planiści mieli na myśli. Siły USA pomogły również Filipinom zwalczyć oblężenie Państwa Islamskiego w mieście Marawi na południu kraju w 2017 roku.

Mimo tego jednak Manila angażuje się w strategię, którą badacze polityki nazywają „hegding”: w tym przypadku oznacza to zbliżanie się do Pekinu oraz dystansowanie się od Waszyngtonu.

Rzeczywiście, po tym, jak Waszyngton na początku 2019 roku wziął na siebie znaczące zobowiązanie do rozszerzenia swojej ochrony na siły zbrojne Filipin działające na Morzu Południowochińskim, filipiński sekretarz obrony Delfin Lorenzana publicznie narzekał, że Ameryka próbowała wciągnąć jego kraj w wojnę z Chinami.

Oczywiście do pewnego stopnia zamieszanie w stosunkach USA i Filipin to efekt dziwacznego zachowania prezydenta Duterte. Inny prezydent prawdopodobnie nie podjąłby się przeprowadzenia brutalnej kampanii przeciw sprzedawcom i użytkownikom narkotyków, nie naruszając w ten sposób praw człowieka. Inny prezydent pewnie też nie obraziłby publicznie matki Baracka Obamy lub nie afiszowałby się tak ze swoją skłonnością do Pekinu. Pojawiają się głosy, że szczególny stosunek Duterte do Chin jest obliczony na stworzenie możliwości korupcji. Zatem do pewnego stopnia można stwierdzić, że obecny okres w relacjach Waszyngtonu z Manilą to po prostu niefortunny i pechowy czas oraz chwilowy odskok od demokratycznej polityki.

To jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Komplikacje w sojuszu Filipin i USA to nie tylko kwestia osobowości prezydenta Duterte. Obecna sytuacja pokazuje także, jak wielkim przemianom ulega równowaga sił w regionie, zaś prezydent Duterte jest tego świadom. On oraz inni przywódcy tracą wiarę w to, że Ameryka jest w stanie pomóc Filipinom w obronie swoich interesów.

Kryzys zaufania i mało czasu dla USA

Kryzys zaufania we wzajemnych stosunkach narastał od lat, nawet wówczas, gdy skala dwustronnej współpracy się powiększała. W 2012 roku Ameryce nie udało się zapobiec chińskim próbom objęcia kontroli nad mielizną Scarborough. To zespół raf, które leżą w odległości niespełna 200 mil od głównej wyspy Filipin – Luzon. W latach 2013-2015 Stany Zjednoczone zrobiły niewiele, aby zapobiec budowie i militaryzacji sztucznych wysp przez Chiny na Morzu Południowochińskim. Później, gdy Waszyngton zachęcał Manilę do skierowania swoich skarg do trybunału w Hadze, to po wydaniu korzystnego dla Filipin wyroku, USA nie wyciągnęły żadnych konsekwencji wobec Chin, gdy te zignorowały głos trybunału. Jeszcze później prezydent Donald Trump wycofał USA z porozumienia o wolnym handlu TPP, co dodatkowo wzmocniło wątpliwości wokół woli Waszyngtonu do gospodarczej rywalizacji z Pekinem. I choć administracja Trumpa przeprowadziła wiele operacji związanych z wolnością żeglugi na Morzu Południowochińskim, to nie zaproponowała żadnego rozwiązania wobec pełzającej dominacji Chin w tym regionie.

Dodatkowo przez cały czas przewaga militarna USA ulega stopniowej erozji. Urzędnicy i politycy z Filipin mogą czytać publicznie dostępne raporty, które wskazują, że USA miałyby poważny problem, gdyby przyszło im teraz bronić Tajwanu. Zatem Filipińczycy mogą sobie wyobrazić, co to oznacza dla ich przyszłości.

„Ameryka przegrała” bitwę o wpływy w regionie Azji i Pacyfiku – mówił Duterte w 2016 roku. Jeśli USA nie mogą złamać chińskich prób dominacji, to dlaczego Filipiny miałyby przyjmować twarde stanowisko wobec Pekinu?

Wszystko to nie oznacza, że sprawa jest przegrana. Istnieje bowiem solidny fundament dla współpracy wojskowej.

Antyamerykańska postawa prezydenta Duterte nie jest szeroko rozpowszechniona wśród Filipińczyków i zapewne jego następca będzie lepiej nastawiony wobec Waszyngtonu. Większość Filipińczyków z pewnością wolałaby żyć w regionie, który nie jest kontrolowany przez Chiny. Jeśli USA pokażą, że mają poważne zamiary w zakresie rywalizacji z Chinami – poprzez inwestycje wojskowe lub poprzez ostrzejsze karanie Chin za działania na Morzu Południowochińskim czy poprzez promowania lepszych alternatyw gospodarczych wobec Chin, być może Filipiny znów zwrócą się w stronę Stanów Zjednoczonych.

Jest jednak już dość późno. Jeśli USA szybko nie przywrócą swojej pozycji w regionie Azji i Pacyfiku, będziemy obserwować jeszcze więcej hedgingu, nie tylko ze strony Filipin. Prezydent Duterte jest jak Donald Trump – jego skandaliczne zachowanie może odwrócić naszą uwagę od tego, co naprawdę leży u podstaw jego działań. Jeśli Stany Zjednoczone nie przekonają krajów regionu, że Waszyngton jest w stanie sprostać chińskiemu wyzwaniu, to prezydent Duterte może stanowić smutny obraz przyszłości w obszarze Azji i Pacyfiku.

>>> Czytaj też: Miękka siła USA opiera się na wojsku. Nie zapominajmy o tym [OPINIA]